Rozdział 1
Sny
Obróciła go, a potem jej usta
były na nim i jej język, jej włosy spływały po jego klatce piersiowej.
Uszczypnęła jego bok zębami, seksownie, gorąco.
Chryste, pożarłaby go, gdyby
mogła.
Podciągnął ją i odwrócił na
plecy, jego usta chwyciły jej wargi, jego język wsunął się w jej usta. Kurwa,
kochał sposób, w jaki pozwalała mu się całować, pozwalała mu brać, nie robiła
nic poza dawaniem. To było sprzeczne ze sposobem, w jaki go pieprzyła,
szamotaniną, bitwą o dominację.
Oczywiście nie wtedy, kiedy
się z nią kochał, to było inne.
Ale teraz pieprzyli się.
Obie jej dłonie zsunęły się
po jego plecach do jego tyłka i zacisnęła palce. Czuł jej paznokcie, podczas
gdy ona wyginała plecy, przyciskając się do niego.
Chciała tego, wiedział o tym,
a jego kutas był tak cholernie twardy, obolały, że gdyby nie dał jej tego
wkrótce, doszedłby na jej brzuch.
Jego ręka przesunęła się w
dół jej ciała, między jej nogi, w dół do jednego uda, odchylając je i wcisnął tam
biodra.
Jej usta oderwały się od
jego, wargi przesunęły się po jego policzku do ucha.
– Tak, Layne, wejdź do środka
– wychrypiała Rocky.
*****
Layne otworzył oczy.
Leżał na brzuchu, w łóżku, a
jego kutas był twardy jak skała. Obolały.
Przewrócił się na plecy.
- Chryste - mruknął do
ciemnego pokoju.
Uniósł dłonie do czoła i
przycisnął.
Każdej nocy, każdej nocy od
sześciu tygodni, odkąd widział ją w swoim szpitalnym pokoju, miał te sny.
Zawsze seks, gorący seks, dziki seks i to nie taki, jaki mieli osiemnaście lat
temu. To nie były wspomnienia. Ona nie miała dwudziestu lat, a on nie miał
dwudziestu czterech. Uprawiali wtedy gorący, dziki seks, najlepszy, pieprzony
najlepszy, jaki kiedykolwiek miał, bez porównania. Ale w snach była tym, kim
jest teraz i tak samo z nim. A seks był lepszy.
O wiele lepszy.
Nie z tego pieprzonego
świata.
Wpatrywał się w sufit,
koncentrując się na opanowaniu swojego ciała.
Layne nie rozumiał tych snów.
Od tamtej nocy nawet jej nie widział. Widział jej brata, Merry’ego, i ojca,
Dave’a, dziesiątki razy, ale nie Raquel. Nie rozmawiał ani nie zapytał Merry’ego
ani Dave’a o wizytę Rocky. Po tym, jak dni zmieniły się w tygodnie, a ona się
nie pokazała, naprawdę próbował wmówić sobie, że miał halucynacje. Zwłaszcza po
tym, jak widział to spojrzenie, czuł zapach jej perfum z tak bliska, pamiętał dotyk
jej dłoni, włosów, ust.
Ale wiedział, że nie miał
halucynacji.
Wytoczył się z łóżka i wstał,
poszedł do łazienki, odlał się, umył ręce, spryskał twarz wodą, a potem umył
zęby, patrząc na swój tors w lustrze.
Rany zabliźniały się. Wciąż były
czerwone, wciąż była widoczna gwałtowność pocisku przedzierającego się przez
ciało. Trzy cale w dół od środka prawego ramienia i kolejna w górnej części
brzucha. Spodnie od piżamy zakrywały ranę na prawym udzie. Dołączyły do blizny
po ranie kłutej, którą dostał w prawy bok w San Antonio i głębokich blizn po
otarciach od odłamków, które odniósł w lewe biodro i bok uda po wybuchu bomby
samochodowej w LA.
Zgiął szyję i splunął,
wypłukał i wytarł usta ręcznikiem, z którego zdjął, i rzucił z powrotem na
blat, zanim podniósł głowę i spojrzał w lustro.
- Potrzebuję nowej pieprzonej
pracy - powiedział sobie.
Potem przechylił głowę i
słuchał.
Nic.
Wszedł do sypialni, nie
odrywając oczu od zaciągniętych zasłon, widząc słabe światło wpadające po
bokach przez szczelinę pośrodku. Jego oczy powędrowały do budzika.
Szósta trzydzieści.
Słuchał ponownie.
– Kurwa – warknął i szybko
wyszedł ze swojego pokoju, ogromnego apartamentu, który stanowiła sypialnia, w
której znajdowało się jego duże łóżko, niska komoda i jeszcze jedna węższa,
wyższa komoda, na której umieścił telewizor z płaskim ekranem. Gdyby chciał,
mógł postawić tam fotel i kanapę, czego nie zrobił, więc było mnóstwo pustej
przestrzeni, co sprawiało, że pokój wydawał się przepastny.
Wchodziło się z niej do
głównej łazienki, w której znajdowała się podwójna umywalka, z wiszącym nad nią
ogromnym lustrem, akrami przestrzeni blatu między umywalkami, z szafkami pod
spodem i przestrzenią, w której, jeśli byłaby kobieta w domu, mógłby postawić
ławkę i mieć toaletkę. Za umywalkami pomieszczenie z toaletą, dające prywatność
– po lewej stronie, jeśli się do niego patrzyło. Po przeciwnej stronie była
kabina prysznicowa wystarczająco duża, aby pomieścić dwie osoby. Pomiędzy tym w
górę po dwóch stopniach wyłożonych dywanem była wielka, owalna, zagłębiona
wanna. Za łazienką znajdowała się ogromna garderoba, prawie tak duża jak
sypialnia.
Layne otworzył jedno skrzydło
z podwójnych drzwi, które prowadziły do dużej otwartej przestrzeni u szczytu
schodów, w której znajdowała się jego ławka do ćwiczeń, ciężarki, bieżnia,
ściana wypełniona wbudowanymi półkami, szafkami i biurkiem pod szerokim oknem,
w którym stał jego komputer, a przed nim zdezelowany obrotowy fotel.
Przeszedł przez pomieszczenie
i dotarł do jednych z drzwi po przeciwnej stronie schodów. Zapukał głośno, dwa
razy. Jego ręka powędrowała do klamki, przycisnął i pchnął. Wsuwając tułów do
ciemnego pokoju, zobaczył swojego najmłodszego syna Trippa śpiącego w łóżku.
- Tripp, wstań, prysznic -
rozkazał głośno.
Ciało Trippa poruszyło się,
potoczyło - Co?
- Wstań, chłopcze, prysznic.
Jesteś spóźniony. Musisz iść do szkoły – powiedział Layne swojemu synowi.
- Dobrze - wymamrotał Tripp i
przewrócił się na brzuch.
- Teraz Tripp - zażądał
Layne, pchnął drzwi do końca i poszedł korytarzem do następnych drzwi.
Zapukał ponownie dwa razy i
otworzył drzwi. Natychmiast nastąpił ruch, ale to był pies Jaspera, Blondie,
zbyt przyjazny żółty labrador. Zeskoczyła z łóżka Jaspera i podeszła do drzwi,
jej ciało kołysało się siłą machania ogonem. Jego syn jednak się nie poruszył.
Blondie ominęła go i
zatrzymała się, jej ciało było blisko. Chciała wyjść.
Pokój pachniał jak nastoletni
chłopak i pies. Niezbyt świetne połączenie.
– Jasper, wstawaj. Czas
szykować się do szkoły - zawołał Layne, znowu głośno.
Jasper się nie poruszył.
– Jas, wstawaj - powiedział
głośniej Layne.
Ciało Jaspera poruszyło się
tylko nieznacznie, ale nie wydał żadnego dźwięku.
– Za piętnaście minut jesteś
na nogach, pod prysznicem i na dole. Łapiesz mnie? - Layne poinformował go,
pchnął drzwi i włączył jasne górne światło jako dodatkową zachętę.
Tripp był wielkim fanem
przycisku drzemki, ale Tripp wstawał. Tripp robił, co mu kazano.
Jasper nie. Jasper nie był
wielkim fanem wstawania. Był jeszcze mniejszym fanem szkoły. I jeszcze mniejszym
fanem swojego staruszka, a zwłaszcza wtedy, kiedy ten kazał mu coś zrobić. Miał
nastawić budzik i obudzić brata, jeśli Tripp nie wstał. Nigdy tego nie zrobił,
ponieważ nigdy nie nastawił alarmu, a kiedy Layne zaczął to robić, Jasper
wyłączał go tylko po to, by zajść Layne’owi pod skórę. To był ich codzienny
taniec, kiedy byli z nim jego chłopcy i zawsze to wkurzało Layne’a.
Layne odwrócił się od drzwi i
zszedł po schodach, Blondi szła tak blisko jego boku, że prawie się o nią potknął.
Trzęsła się z podniecenia. To
była jej ulubiona część dnia. Mogła wyjść na zewnątrz, co bardzo jej się
podobało, a potem wejść do domu na jedzenie i mieć wszystkich jej chłopców
razem w tym samym czasie, co nie zdarzało jej się zbyt często lub nie tak
często, jak tego chciała.
Gabby nienawidziła psów, ale
kupiła Jasperowi Blondie na dwa tygodnie przed przeprowadzką Layne’a do domu.
Zrobiła to, żeby być suką, ponieważ była suką i ponieważ nienawidziła Layne’a
bardziej niż psów. Trzy tygodnie później, kiedy był w domu i ustalili wspólny
harmonogram opieki nad dziećmi, oświadczyła, że Blondie zostanie u Layne’a bez
względu na wszystko.
Tak więc Tanner Layne był w
domu po raz pierwszy od dwunastu lat i miał pod opieką aktywnego, pobudliwego,
żółtego szczeniaka labradora, a także dwóch synów, którzy ledwo go znali, a
jeden z nich ledwo mógł go znieść. Nie wspominając o Rocky oddychającej tym samym
powietrzem, choć dziesięć mil dalej, co wciąż było cholernie za blisko.
Jego życie, nigdy wspaniałe,
albo nie było wspaniałe od osiemnastu lat, obróciło się w kompletne gówno.
Przeszedł przez rozległą
otwartą przestrzeń, która była kuchnią i salonem, do rozsuwanych szklanych
drzwi, które prowadziły na podwórko. Pochylił się, wyszarpnął stalowy słup z
szyn, wyprostował i odbezpieczył drzwi. Wyciągnął rękę, pociągnął drzwi do
panelu bezpieczeństwa, wstukał kod, zatrzasnął drzwi z powrotem, a potem
rozsunął szklane drzwi, by Blondi wyszła na zewnątrz. Nie wahała się, popędziła
przez nie od razu.
Layne zamknął drzwi, włączył
światła w kuchni, odwrócił się i zbadał parter swojego domu.
Przez dwanaście lat nie miał
nic poza mieszkaniami i apartamentowcami.
Czasami jego mieszkania były
małe, nawet jednopokojowe. Czasami były to duże apartamenty lub miejskie domy.
Niektóre były gówniane, inne były pałacami. Wszystkie były mieszkaniami zastępczymi.
Sypialniami.
Teraz po jego prawej stronie
była kuchnia. W odległym kącie blaty i szafki pod kątem prostym wokół drzwi do
dużej spiżarni i pomieszczenia gospodarczego, które prowadziły do garażu.
Pośrodku kuchni znajdowała się ogromna trójkątna wyspa z wolnymi końcami, a
przed nią od zewnątrz stołki.
Ogromne miejsce na stół w
jadalni przy dużym oknie, miejsce, którego Layne nie zapełnił. Jadł na stojąco
lub siedząc przed telewizorem. Jego chłopcy jedli na stołkach, w swoich
pokojach, w locie lub siedząc przed telewizorem.
Po lewej salon, ogromna
konsola szafek i półek, w których zmieścił równie ogromny telewizor z dużym
ekranem. Dwa rozkładane fotele na każdym końcu dużej, głęboko osadzonej kanapy,
wystarczająco dużo stolików, na których można postawić piwo lub paczkę chipsów,
żeby nie trzeba było sięgać zbyt daleko, żeby się do nich dostać. Był tam też niski
murek i kolumna, za którą nie było nic poza otwartą przestrzenią. Martwa
przestrzeń. Nigdy nie wymyślił, co z tym zrobić. Gdyby nie przechowywał
jedzenia, nie miał kanapy i telewizora, ławki do ćwiczeń czy łóżka, nie miałby
z niej pożytku. Więc, podobnie jak jadalnia, była pusta.
Pod schodami była toaleta z
umywalką, resztę parteru zajmował garaż na dwa samochody, wystający z przodu
domu.
Layne wpatrywał się w to,
jego wzrok przesuwał się w prawo, w lewo i znowu w prawo.
Jak, do cholery, trafił do
domu z trzema sypialniami na osiedlu z innymi domami z trzema i czterema
sypialniami, pomalowanymi na jeden z czterech kolorów, każdy w jednym z
ograniczonych planów pięter, i z obsługą sąsiedztwa, która sprawiała że partia
nazistowska wyglądała jak kupka bratków, a cała pieprzona okolica wyglądała tak
samo, nie wiedział. Cholera, kiedy po raz pierwszy się tam przeprowadził,
niejednokrotnie w drodze do domu gubił się wśród akrów domów, które wszystkie
wyglądały tak samo, a on miał wysoko rozbudowane poczucie kierunku.
Cóż, pomyślał, przynajmniej
skurwiel jest spłacony.
Wszedł do kuchni i poszedł prosto
do dzbanka z kawą. Wyciągnął filtr, były w nim fusy z wczoraj, zużyte i
przemoczone. Wrzucił je do otwartego kosza na śmieci, który był tak
przepełniony, że musiał najpierw wrzucić śmieci, by nie kapały na ziemię.
To był tydzień Jaspera na
wynoszenie śmieci, więc oczywiście nie zostały wyniesione.
Wrócił do dzbanka, chwycił
szklany dzbanek i wyszarpnął go, podchodząc do zlewu. On też był przepełniony.
Layne przeglądał w myślach
harmonogram. Zeszłej nocy przyszła kolej Trippa na gotowanie, a Jaspera na
zmywanie naczyń. Dlatego naczynia nie zostały zrobione.
Layne westchnął, wypłukując
filtr i dzbanek, i usłyszał, jak na górze leci prysznic. Następnie napełnił dzbanek
wodą, wrócił do ekspresu i napełnił kawę. Właśnie przestawił przełącznik, kiedy
rozległ się dzwonek do drzwi.
Jego wzrok powędrował do
zegara na kuchence mikrofalowej nad kuchenką. Szósta trzydzieści sześć.
Kto był u jego drzwi o szóstej
trzydzieści sześć?
Poruszał się po domu na
bosaka, więc cicho. Podszedł do wielkiego okna w pustej przestrzeni przed swoim
domem. Miał tam żaluzje, były częściowo zasunięte. Przekręcił belkę z boku,
żeby je rozchylić i spojrzał na drzwi.
Zmrużył oczy, a jego krew
zamieniła się w kwas.
Stała tam Rocky. Jej włosy
były związane w koński ogon, a kosmyk, który opadał z boku na skroń, miała założony
za ucho. Miała na sobie jasnoróżową bluzkę, która pasowała do jej talii jak
rękawiczka, przyciągając uwagę do jej żeber i piersi, i miała małe puszyste
rękawy. Miała też na sobie spódnicę w kolorze grzyba, która kończyła się na ją
kolanach i przylegała do ciała. Mocno obcisłą. Tak obcisłą, że obejmowała jej
tyłek i przylegała do bioder i ud. Na koniec miała na sobie różowe czółenka, z cienkim
paskiem wokół pięty, na wysokich obcasach, cienkich jak ołówek. Całość zgrabna,
dopracowana i niesamowicie seksowna.
Co ona tam, do cholery,
robiła?
Uniosła rękę, wskazując
palcem na dzwonek, a on podszedł do drzwi. Dzwonek zabrzmiał w chwili, gdy je
otworzył i stał, patrząc na nią przez szybę w drzwiach burzowych.
Dzwonek ucichł, a ona stała
tam, patrząc na niego, z idealnym makijażem, różem na oczach, policzkach i błyszczykiem
na ustach. Jej włosy były gładkie, lśniące, gęste. Zastanawiał się, czy
zatrudniała kogoś, żeby codziennie rano robił jej fryzurę i makijaż. Mogła.
Miała na to pieniądze.
– Raquel, co ty…?
Przestał mówić, kiedy jej
ręka powędrowała do klamki. Nacisnęła ją i otworzyła drzwi, po prostu wchodząc.
Musiał zejść jej z drogi, gdy szybko ominęła go i wprowadziła się do jego domu,
a jej wysokie obcasy wydawały głuche dźwięki, gdy uderzały o drewniane podłogi.
Zatrzymała się półtora metra
dalej i odwróciła się. Jej wzrok najpierw powędrował do niego, padł na jego nagą klatkę
piersiową, zobaczył wzdrygnięcie, którego nie mogła ukryć, i otworzył usta, by
przemówić.
Zaczęła przed nim.
Jej oczy wróciły do jego,
zapytała - Jak się masz, Layne?
– Sprawny – odpowiedział
zwięźle – A teraz, co ty…?
Przestał mówić, kiedy oboje
usłyszeli skowyt Blondi i drapanie w szybę. Raquel skręciła tułów tak szybko,
że jej kucyk przeleciał całą długością przez jej ramię.
Odwróciła się wolniej, ten
kosmyk ciemnych włosów wciąż spoczywał na jej jasnej bluzce.
Uniosła brwi.
– Czy to pies Jaspera? - zapytała.
- Tak. Teraz Raqu…
Znowu nie dokończył.
Odwróciła się, szybko poruszając się po jego domu, jej obcasy uderzały o
podłogę, stykając tępo o drewno, a ostrzej, gdy dotarła do płytek, podczas gdy jej
tyłek kołysał się, gdy szła.
Layne obserwował.
Rocky potrafiła dumnie
kroczyć. Nie robiła nic więcej. Jej ruchy były płynne, jej tyłek był hojny,
mogła kroczyć dumnie jak żadna kobieta, jaką kiedykolwiek widział, nawet te,
które ćwiczyły.
Rocky nie musiała ćwiczyć. Miała
to wrodzone.
Zanim zdążył się ruszyć,
otworzyła przesuwane szklane drzwi i wpadła Blondi.
Przeniósł się wtedy, bo
Blondie była w ekstazie. Kochała swoich chłopców.
Jedyne, co kochała bardziej,
to towarzystwo. Skakała po całym fantazyjnym stroju Rocky.
– Dół – warknął Layne i głowa
Blondi przeskoczyła do niego. Jęknęła, a potem opadła, zdejmując łapy z bluzki
Rocky.
Rocky też opadła. W niskim
przysiadzie, z tyłkiem do pięt, kolanami do klatki piersiowej, kiedy jej
spódnica była rozciągnięta do strefy zagrożenia, odsłaniając każdy centymetr
ciała na jej tyłku i udach.
Pocierała głowę i szyję
Blondi, by w tym samym czasie unikać jej smagającego języka.
- Kto jest piękną dziewczyną?
- gruchała do Blondie, a ona odpowiedziała, dosięgając językiem szczęki Rocky.
Raquel roześmiała się, dźwięk
uderzył go w brzuch jak kula.
Gorzej.
A wiedział, ile cholernego
bólu może to spowodować.
Na koniec dodał - Raquel, co
tu robisz?
Brzmiał na zirytowanego,
ponieważ tak chciał brzmieć i był
zirytowany.
Odwróciła głowę, odchyliła
się do tyłu, żeby na niego spojrzeć, i mruknęła:
- Racja - Potarła Blondi
ostatni raz i wyprostowała się, odwracając się do niego.
– Udziec jagnięcy –
dokończyła śmiesznie.
- Co? – zapytał Layne.
– Udziec jagnięcy –
powtórzyła - Tata wygrał taki w grze w pokera.
Jezu, tylko Dave
zaakceptowałby udziec jagnięcy jako zakład w grze w pokera.
Wszyscy troje Merrick’owie byli
na swój sposób szaleni. Albo byli osiemnaście lat temu. Nie miał pojęcia, czy
Rocky nadal była świrem, ale wiedział, że Dave i Merry tak.
Layne lekko potrząsnął głową,
po czym zapytał - Więc?
- Poprosił mnie o znalezienie
przepisu. Nigdy nie gotował udźca jagnięcego. Ja też nie, ale znalazłam. Jest
greckie. Chce, żebyście przyszli dziś wieczorem z chłopcami na kolację.
Zatrzymała się, a on się nie
odzywał, więc ciągnęła dalej - To duży udziec jagnięcy.
Zasadniczo zapraszała go na kolację,
którą gotowała.
Layne zastanawiał się, czy
znowu ma halucynacje. Może był w śpiączce, a ostatnie sześć tygodni i te sny
były tylko fantazją wywołaną śpiączką.
Nie, gdyby miał fantazję,
Jasper zostałby wytrącony z bycia dupkiem, gdy jego ojciec dostał trzy kule
zamiast stać się bardziej dupkiem.
Wtedy Layne zauważył, że
Blondie wpatruje się w niego z potrzebą w jej oczach. Chciała by ją nakarmił.
Layne odwrócił się i
skierował do spiżarni.
Raquel przemówiła do jego
pleców – Myślimy o szóstej trzydzieści. Chłopcy skończą wtedy treningi
piłkarskie, będą mogli wrócić do domu i wziąć prysznic. Ale możemy zrobić
później, jeśli chcesz.
Nie odezwał się. Wszedł do
spiżarni, złapał puszkę karmy dla psów i wyszedł. Usłyszał, że prysznic się
skończył, więc podszedł do podnóża schodów, ignorując fakt, że Rocky stała
teraz przy wyspie, lekko opierając dłoń na blacie i biodrem opartym o bok wyspy.
Krzyknął na schody - Tripp,
jeśli twój brat nie wstaje, wstań go. Chcę usłyszeć prysznic. Dwie minuty.
- Dobrze, tato - odkrzyknął
Tripp.
Layne skierował się do psiej
miski, zastanawiając się, jak wymigać się z jagnięcej nogi. Podniósł miskę, a
Blondi obiegła go, trzęsąc się z podniecenia. Uniósł klapkę, zdjął wieczko z
puszki i sięgnął po czystą łyżkę z suszarki do naczyń. Dłubał w jedzeniu i już
miał wrzucić je do miski, kiedy usłyszał, jak Rocky mówi - Co robisz?
Wykręcił tors, żeby na nią
spojrzeć. Spojrzał na jej twarz. Jej oczy były utkwione w misce psa.
– Karmię psa – zauważył Layne
oczywistość.
Podniosła wzrok na jego i
wyglądała na zdegustowaną.
Potem się ruszyła. Odepchnęła
się od blatu i podeszła do niego.
Zbliżyła się, gdy patrzył i
się nie poruszył.
Chwyciła miskę i podeszła do
zlewu, wyjaśniając miękko - Nawet psiaki potrzebują czystych naczyń.
Poczuł, że jego usta
zaciskają się i zrobiły to jeszcze mocniej, kiedy sięgnęła do zlewu i zobaczył
jej paznokcie z różowymi końcówkami. Idealnie wypielęgnowane, paznokcie nie
długie i ostre, ale krótkie i wyrównane, wyglądające elegancko, stylowo, ale
nie wahała się przekopywać brudnych naczyń. Znalazła ściereczkę do naczyń i
odkręciła wodę, żeby ją wypłukać.
– Raquel… – zaczął, ale jej
głowa odwróciła się do niego.
– Prysznic nie jest włączony,
Layne – powiedziała cicho.
Przechylił głowę na bok i
słuchał.
Nie był.
Kurwa.
Patrzył, jak wypłukuje
szmatkę, wrzuca ją do miski i sięga po płyn do mycia naczyń z tyłu zlewu. Potem
odstawił karmę dla psów.
Chciała wyczyścić miskę
Blondi? On jej na to pozwoli. Blondie miała to w dupie. Spojrzał na psa swojego
syna, widząc, że się mylił. Nie miała. Czysta miska oznaczała niepotrzebne
opóźnienie śniadania.
Layne westchnął, po czym
odsunął się i wszedł po schodach, by zobaczyć Trippa wychodzącego z sypialni
brata. Miał na sobie dżinsy i nic więcej, jego włosy były mokre i sterczały dookoła.
Layne nie miał pojęcia, czy to był styl, który wybrał tego dnia, czy też były
po prostu mokre i pryskały wszędzie. Tripp zmieniał fryzury, tak jak kobiety
zmieniały buty.
- On nie chce wstać -
powiedział Tripp swojemu tacie.
- Skończ się szykować,
kolego. Wyciągnę go – powiedział Layne do syna i poszedł do pokoju Jaspera.
Layne wiedział, że Jasper
wstał, ale wrócił do łóżka. Layne wiedział o tym, ponieważ górne światło było zgaszone.
Podszedł do komody Jaspera i złapał
kluczyki do samochodu swojego syna. Kiedy rok wcześniej skończył szesnaście
lat, Layne podarował mu czerwonego Dodge’a Chargera z 2007 roku, z czarnym
paskiem wyścigowym i spojlerem. To była słodka bryczka. To dało Layne’owi
czterdzieści osiem godzin sympatii Jaspera.
- Jasper, wstaniesz i
weźmiesz prysznic za dwie minuty albo zadzwonię do szkoły, powiem, że jesteś
chory, a potem zadzwonię do trenera i powiem, że czujesz się tak gównianie, że
możesz zagrać w piątkowy mecz.
Potem wyszedł z pokoju i
upewnił się, że potrząsnął klawiszami, gdy wyszedł.
Layne poszedł do swojego
pokoju, rzucił klucze do komody, otworzył szufladę i chwycił szarą koszulkę.
Włożył ją i opuścił na swoje niebieskie spodnie od piżamy w bordowe paski.
Melody kupiła mu je zeszłego roku na Boże Narodzenie, razem z trzema innymi
parami. Powiedziała, że skoro mieszkali z nim jego synowie, musiał spać w czymś
innym niż nic, tak jak zwykle sypiał.
Melody.
Nie myślał o niej od tygodni.
Teraz pomyślał o niej.
Pomyślał, żeby do niej zadzwonić. Gdyby Layne zadzwonił do niej, wybrałaby się
na urlop i przyjechała do miasta. Gdyby Melody była w mieście, Layne nie miałby
snów seksualnych o Rocky. Melody może nie była tak dobra jak Rocky albo tak
dobra jak Rocky w tych snach, ale była daleka od złej.
Chwycił kluczyki od samochodu
Jaspera i z ulgą usłyszał, jak leci prysznic, gdy schodził na dół. Kiedy dotarł
do kuchni, pysk Blondi był w jej misce, a Rocky opierała się o blat, jedną ręką
owijając się w pasie, gdy łokieć drugiej ręki spoczywał na jej nadgarstku,
trzymając kubek z kawą.
Stanął jak wryty i zagapił na
nią.
- Powinieneś trzymać kubki
nad dzbankiem do kawy – poinformowała go – Lepiej nie musieć iść przez kuchnię
po kubek.
Poczuł, jak jego oczy się
zwęziły.
Już miał zapytać, czy kpi,
przychodząc do jego domu z samego rana, zapraszając jego i jego synów na kolację,
karmiąc psa, nalewając sobie kawę i mówiąc mu, gdzie trzymać kubki, ale nie dostał
szansy. Poruszyła ramionami, wykręciła się, żeby złapać kubek, a potem
odwróciła się, żeby mu go podać.
- Wciąż czarna i dwie
łyżeczki cukru? - zapytała, ale jej oczy nie spotkały jego.
Zignorował kawę, którą
podała.
- Co ty tu do cholery robisz,
Raquel? – zapytał niskim i złym głosem.
Jej oczy w końcu spotkały
jego.
- Tata chce, żebyś przyszedł
na kolację – odpowiedziała.
– Dave mógł do mnie zadzwonić
– zauważył Layne.
- Powiedziałam mu, że wpadnę
w drodze do pracy – odpowiedziała.
- W drodze do pracy? - Layne warknął.
On mieszkał w osiedlu dla klasy
średniej na zachodnich obrzeżach miasta.
Ona mieszkała w
mini-rezydencji z sześcioma sypialniami nad sztucznym jeziorem na osiedlu,
które obejmowało dziewięciodołkowe pole golfowe ze strzelnicą i miejscem do
ćwiczeń, klub z restauracją, barem i salami imprezowymi, a także pełną siłownię
i odkryty basen dla zdecydowanie wyższej klasy na północnym skraju miasta. Była
nauczycielką w szkole Jaspera i Trippa, która znajdowała się w mieście. Dom
Layne’a nie był dla niej po drodze do
pracy.
- Tak - odpowiedziała.
Layne otworzył usta, żeby
powiedzieć jej, żeby wypierdalała i może wsadziła sobie tę jagnięcą nogę prosto
w tyłek, kiedy odezwał się Tripp – pani Astley?
Oderwała oczy od jego twarzy,
pochyliła się i spojrzała za Layne’a.
Potem się uśmiechnęła.
Kolejny strzał w brzuch.
– Hej, Tripp – przywitała
się.
- Co tu pani robi? – zapytał
Tripp, a Layne odwrócił się, by spojrzeć na syna.
Gdyby Tripp nie miał ciała
Layne’a, długich nóg i szerokich ramion, nawet gdy siła ich nie rozwinęła się
ze względu na to, że miał czternaście lat, Layne poprosiłby Gabby o test DNA.
Tripp miał piaskowo blond
włosy (teraz przyciemnione, bo wypełnił je mazią, żeby je ułożyć i sprawić, by
wystawały mu nad głowę, co najwyraźniej było jego zadaniem na ten dzień) i
niebieskie oczy.
Gabby nie miała blond włosów
i niebieskich oczu, podobnie jak nikt z jej rodziny ani Layne’a… z tego, co
wiedział. Tripp miał trochę z Gabby w rysach twarzy, ale co do reszty z niego,
Layne, nie miał pieprzonego pojęcia, skąd się to wzięło.
Layne nie wątpiłby, że Gabby mogła
go zdradzić, ale gdy Tripp dorósł, nie można było zaprzeczyć, że Tripp miał
ciało Layne’a.
Nie miało to znaczenia,
ponieważ kochał dzieciaka. To dlatego, że Tripp dawał się kochać. Zawsze był
dobrym dzieckiem. Tripp dzwonił zawsze raz lub dwa razy w tygodniu - od czasu,
gdy dzieciak mógł podnieść słuchawkę i wybrać numer, przez cały czas, gdy Layne
mieszkał poza domem. Rozmawialiby o wszystkim albo Tripp mógł. Dzieciak mógł
mówić przez dziesięć minut. Za każdym razem, gdy Layne wracał do domu z wizytą,
od kiedy był mały, aż do wieku, w którym Tripp zobaczył Layne’a, rzucał się do
niego, obejmował go ramionami i mocno go przytulał. Kiedy dorósł, próbował udawać
chłodnego, ale nie było wątpliwości, że był szczęśliwy widząc swojego tatę.
Poczuł ucisk i ciepło na
brzuchu i spojrzał w dół, by zobaczyć, że Raquel wciska tam kubek z kawą.
Automatycznie wziął go i spojrzał na nią. Była blisko, wystarczająco blisko, by
mógł czuć jej perfumy.
- Zapraszam was na kolację - odpowiedziała
na pytanie Trippa - Tata ma udziec jagnięcy.
Layne spojrzał na Trippa.
Tripp wpatrywał się w Rocky z różowymi policzkami i oślepionymi oczami, jakby
była gwiazdą filmową.
Layne spojrzał z powrotem na
Raquel, a potem na Trippa, który wciąż nie oderwał od niej oczu.
Kurwa. Była nauczycielką
języka angielskiego w jego szkole i podobała mu się.
Szalał za nią, oczywiście.
Była cholernie wspaniała. Nosiła te spódniczki, te koszule i te szpilki do
szkoły każdego dnia, prawdopodobnie każdy chłopak szedł do domu i walił konia,
myśląc o niej.
Nawet jego syn.
Kurwa.
– Tripp, śniadanie – rozkazał
Layne.
Tripp zamrugał, spojrzał na
swojego tatę, po czym podszedł do spiżarni.
- Udziec jagnięcy? - zapytał Tripp,
ruszając się.
Rocky wróciła na wyspę, a jej
obcasy stukały w płytki, gdy szła. Aby zachować dystans między nimi, Layne
skierował się do zlewu.
- Udziec jagnięca -
odpowiedziała.
- Nigdy nie jadłem udźca
jagnięcego - Trippa było słychać ze spiżarni, choć nie było widać.
– Czeka cię prawdziwa uczta.
Grecka noc. Domowa pita. Domowy sos tzatziki. Pokochasz to.
Tripp wyszedł ze spiżarni z
pudełkiem płatków śniadaniowych.
– Fajnie – powiedział,
uśmiechając się do Rocky – Wujek Dave to dobry kucharz? - spytał, kiedy dotarł
do szafki, żeby ściągnąć miskę.
– Ja gotuję – poinformował go
Rocky.
Wciąż się do niej uśmiechał,
kiedy odstawił miskę i płatki na wyspę i skierował się do lodówki.
- Jest pani dobrą kucharką? – zapytał.
- Nie miałam żadnych skarg –
odpowiedziała, uśmiechając się do niego.
Nie miałaby. Była cholernie
świetną kucharką. Osiemnaście lat praktyki, zwłaszcza gotowanie z nieograniczonym
budżetem, prawdopodobnie była mistrzem kuchni.
Layne poczuł, jak jego
szczęka znów się zaciska, gdy zobaczył, jak oczy Raquel spadają na pudełko
słodkich płatków zbożowych, a jej uśmiech zniknął w grymasie.
- Tripp, powinieneś zjeść
płatki owsiane czy coś – poradziła, gdy Tripp dotarł do wyspy z mlekiem -
Zrównoważona energia. Te płatki spalisz w połowie pierwszej przerwy.
– Jest okej. Zawsze łapię
batoniki z automatów między pierwszą a drugą lekcją – powiedział jej, a jej
oczy skierowały się na Layne’a, wyraźnie komunikując, że powinien coś zrobić z
niedożywieniem syna.
Wtedy miał już dość.
Wtedy też znowu został przerwany
w robieniu czegoś z tym.
– Hej, pani Astley –
powiedział Jasper i zobaczył, że Rocky zaczęła się odwracać, więc jego oczy
powędrowały do Jaspera.
Cóż, Jasper niewątpliwie był jego synem. Ciemne włosy, ciemne
oczy, oliwkowa skóra, która wyglądała na opaleniznę nawet w środku zimy. Miał
też ciało Layne’a, ale w wieku siedemnastu lat i oddany piłce nożnej, a także w
byciu ogierem, a zatem myślał o ćwiczeniach więcej niż Layne, więc był wytrenowany.
Był prawie wyższy od Layne’a, mierząc sto osiemdziesiąt osiem, podczas gdy
Tripp wciąż rósł i nie osiągnął jeszcze stu osiemdziesięciu, ale to zrobi.
Jasper powoli ściągał
koszulkę, stojąc przy krawędzi kuchennego blatu. To było po to, żeby Rocky mogła
dobrze przyjrzeć się jego klatce piersiowej i sześciopakowi.
Layne przewrócił oczy do
sufitu.
Jego pierworodny syn również
był zarozumiały. Co więcej, był już aktywny seksualnie. Layne wiedział o tym i
dostarczał prezerwatywy, ponieważ jego wysiłki w dyskusji o seksie z Jasperem nie
powiodły się i ostatecznie były niestabilne.
Kupił więc prezerwatywy i
włożył je do szafki nocnej Jaspera, a także wsunął mu kilka do portfela.
Wiedział, że Jasper był aktywny, ponieważ pudełka były otwarte i bez
prezerwatyw, a jego portfel prawie zawsze był pusty. Jasper nie miał dziewczyny
– był seryjnym randkowiczem, przebijając się przez swoją szkołę i resztę szkół
w hrabstwie.
Jasper wiedział, że jest
przystojnym dzieciakiem z wyrzeźbionym, nastoletnim ciałem i chciał, żeby jego
trzydziestoośmioletnia nauczycielka angielskiego też o tym wiedziała.
W chwili, gdy jego syn
ściągnął koszulkę, Layne przyłożył zęby do wargi, język do zębów i wydał ostry,
niski gwizd. Głowa Jaspera odwróciła się do niego, a Layne rzucił mu kluczyki
do samochodu. Jasper złapał je z szybkim refleksem.
– Śniadanie, Jas – rozkazał
Layne.
– Idziemy dziś wieczorem do
wujka Dave’a – oznajmił Tripp, wrzucając płatki do ust - Pani Astley gotuje.
Jasper rzucił klucze przy
dzbanku do kawy i podszedł do kredensu po miskę.
- Super – odpowiedział
Jasper, odwracając się do wyspy ze swoją miską.
- Merry tam będzie?
– Tak, Jasper, spotkanie
rodzinne – odpowiedział Rocky, a Jasper uśmiechnął się do niej, więc
odwzajemniła uśmiech.
Spotkanie rodzinne.
Pieprzone spotkanie rodzinne.
Pieprzyć ją.
Layne skończył i ruszył się.
– Jedzcie – warknął, idąc w
stronę synów przy blacie ku Rocky.
Dotarł do niej, chwycił jej
biceps w rękę, wyrwał jej kubek z kawą z drugiej ręki i uderzył nim o wyspę.
Potem pociągnął ją do drzwi.
– Layne – powiedziała cicho.
– Zamknij się, kurwa –
warknął, ale cicho.
Próbowała wyrwać mu biceps z
ręki, a on jej pozwolił, ale tylko po to, by przesunąć dłonią po jej ramieniu,
aż złapał jej dłoń. Zaciągnął ją przez swoje frontowe drzwi, drzwi burzowe,
ścieżką i prosto do jej samochodu na podjeździe.
Jeździła sportowym, czarnym
mercedesem coupe, który prawdopodobnie kosztował jedną trzecią tego, co on zapłacił
za swój dom.
Jezu Chryste.
Podszedł do samochodu po
stronie kierowcy i szarpnięciem otworzył go, używając swojej ręki, aby manewrować
nią dookoła i do środka. Kiedy ustawił ją plecami między drzwiami a samochodem,
zbliżył się, przyszpilając ją tam.
Odchyliła głowę do tyłu.
– Layne – szepnęła.
- On nie robi tego dla
ciebie? – zapytał cicho Layne.
Zamrugała, a potem zapytała -
Co?
- Jarrod - warknął imię jej
męża, patrzył, jak się skrzywiła i pomyślał, że to wiele mówiło - Nie robi tego
za ciebie? Nie zmusza cię do rozpalenia się? Nie zmusza cię, żebyś dochodziła
tak mocno, że przestajesz oddychać? Pomyślałaś, żeby pójść do slumsów, znaleźć
sposób, żeby to zdobyć?
- Layne! - syknęła, a jej
całe ciało stało się wyraźnie napięte.
- Byliśmy dobrzy, kochanie,
pamiętasz. Tak dobrzy, że jestem zaskoczony, że zrobienie tego zagrania zajęło
ci rok - Skinął głową w stronę domu.
- Nie gram! - była zła.
Widział po ogniu w jej oczach, linii jej ciała i sposobie, w jaki mówiła.
I miał to w dupie.
Zignorował ją - Ale nie
jestem zainteresowany. Jeśli chcesz, mogę się dla ciebie rozejrzeć. Założę się,
że wielu chłopców w tym mieście rzuciłoby się do ciebie.
- Po prostu zaprosiłam cię na
kolację – warknęła.
– Bzdura – odciął się.
- Nie mogę uwierzyć.
– Nie mam dwudziestu czterech
lat, Roc. Nie jestem już mężczyzną, którego wodzi kutas. Miałem osiemnaście
lat, aby nauczyć się być tym, który pieprzy, a nie tym, który jest pieprzony.
Jej ciało szarpnęło się, a
następnie zablokowało, ale nie wcześniej niż zobaczył, jak ból wyżłobił ścieżkę
w jej rysach, zanim zgasł.
Wzięła wdech przez nos, tak
duży, że rozszerzył jej klatkę piersiową.
Potem zapytała - Co mam
powiedzieć tacie?
Rocky, nie mógł tolerować.
Dave i Merry to inna historia. To oznaczało, że się mylił, wypieprzyła go.
Ponownie.
- Będziemy tam. Szósta
trzydzieści – warknął.
- Wspaniale – warknęła, a
potem obróciła się tak szybko w tej małej przestrzeni, którą jej dał, że jej
ramię otarło się o jego klatkę piersiową, a jej kucyk zsunął się po jego szyi,
ale nie przestała się poruszać.
Wsiadła do samochodu i nie
wahała się sięgnąć do klamki. Odsunął się w samą porę, by nie zostać trafionym,
gdy trzasnęła drzwiami. Wcisnęła zapłon i cofnęła się zbyt szybko, szarpiąc
kierownicą na końcu podjazdu. Potem jej drogi, wyczynowy pojazd wystrzelił do
przodu i stracił ją z oczu w kilka sekund.
Patrzył za nią dłużej, niż
trwała cała ich rozmowa na podjeździe. Potem wciągnął powietrze, by uspokoić
swój nerwowy temperament i wszedł do domu.
- Co to było? – zapytał
Jasper w chwili, gdy wszedł do kuchni.
– Nic – odpowiedział Layne.
- To nie było nic. Byłeś
wkurzony… - zawahał się, wpatrując się bacznie w tatę - na panią Astley.
Jego ostatnie dwa słowa
zostały wypowiedziane z niedowierzaniem. Podobnie jak bogata, wytworna,
seksowna nauczycielka angielskiego w liceum, żona szefa chirurgii w dużym
szpitalu w Indianapolis, pracująca charytatywnie, filar społeczności, Raquel
Merrick Astley była o krok od bycia miejską księżną Dianą.
Patrzył na syna i zauważył,
że Tripp również go obserwuje.
Potem podjął decyzję.
- Dawno temu, przed waszą
mamą, byliśmy razem. Mieszkaliśmy razem. To było dobre. Potem poszło źle.
Bardzo źle. Nie jestem wielkim fanem pani Astley.
- Nie chrzanisz? – zapytał
Tripp, a Layne spojrzał na swojego młodszego syna.
– Nie chrzanię –
odpowiedział.
- Łał - szepnął Tripp.
- Jak poszło źle? – zapytał
Jasper i Layne spojrzał na niego.
- Może, jak nadal będzie cię
to obchodziło, za jakieś pięć lat ci powiem – odpowiedział Layne.
Jasper studiował swojego
ojca, a potem, cud nad cudami, odpuścił to.
- Idziemy dziś wieczorem do wujka
Dave’a, żeby zjeść to, co ona ugotuje? - zapytał.
- Tak – odpowiedział Layne.
- To będzie interesujące -
mruknął Jasper.
Gniew Layne’a zniknął i
uśmiechnął się. Szkoda, że Jasper spędził tyle czasu na szlifowaniu swojego dupka-nastolatka.
Kiedy tego nie robił, był mądry i cholernie zabawny.
– Tak, będzie ciekawie –
zgodził się Layne - Teraz musicie iść do szkoły. A Jasper, chcę, żebyś wyrzucił
śmieci przed wyjazdem.
Nastoletni dupek wrócił w
mgnieniu oka.
Mimo to wyrzucił śmieci przed
wyjazdem.
Po ich wyjściu, w samym domu,
Layne wypuścił Blondi na spacer po podwórku, podczas gdy on brałby prysznic i
ubierałby się, by przygotować się do wejścia do biura. Szedł przez kuchnię od
rozsuwanych szklanych drzwi, kiedy zobaczył jej kubek stojący na blacie, z odciskiem
różowego błyszczyka z dolnej wargi na boku.
Layne zatrzymał się i zagapił
się na niego.
Potem postanowił umyć
naczynia przed wzięciem prysznica.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
OdpowiedzUsuń