wtorek, 28 czerwca 2022

25 - Ciemność

 

Rozdział 25

Ciemność

 

 

 

Sobota, 15:37

Tracili ją. Towers podążyła za Jeremy’m, kiedy miał iść do kościoła na spotkanie Grupy Młodzieży. Nie zdawał sobie sprawy, że jest śledzony, a kiedy nie poszedł do kościoła, tylko przejechał obok, odjechała i wróciła do Brendel.

Colt wezwał Layne’a. Spotkanie awaryjne. Jeremy nie był w stanie zdobyć nazwisk klientów ani brudu na Rutledge’a, a spieprzył to, poszedł za tym zbyt mocno, zbyt zdesperowany, a ona była ciekawa, dlaczego chciał wiedzieć.

Teraz mieli wypieprzone.

Zadzwonił telefon Layne’a. Wyciągnął go, spojrzał na wyświetlacz i zobaczył „Tripp Dzwoni”.

Odebrał telefon i zaczął - Yo…

– Tato, coś jest nie tak z Rocky – szepnął Tripp.

Layne prawie zjechał z drogi, słysząc ton głosu syna. Aby trochę popracować, tego ranka zostawił rodzinę z pączkami i przedmeczowymi pokazami futbolu. Tego wieczoru mieli zjeść specjalną kolację, a Rocky i Vera planowały menu. Rocky zadzwoniła do sklepu meblowego w piątek i zamówiła meble, płacąc dodatkowo za ekspresową dostawę tego dnia. Giselle zamierzała pomóc im ochrzcić stół, a Rocky zadzwoniła do Vi i namówiła ją, by wypuściła Keirę, mimo że wciąż była uziemiona jeszcze przez dwa dni, tylko na wieczór, tylko na kolację.

Dave i Merry też mieli się pojawić.

Cała rodzina.

Kiedy wychodził, Rocky w jego szlafroku i Vera śmiały się z jakiegoś kobiecego gówna i klikały przepisy na laptopie Jaspera przy wyspie.

Teraz coś było nie tak.

Layne szybko zmienił pas i skręcił w lewo, by zawrócić do domu.

– Mów do mnie, kolego – rozkazał Layne, jadąc.

- Nie wiem. Kolesie dotarli tu z meblami. Przynieśli dużą kanapę, a potem stół. Wyrwali ze stołu całe to gówno, a Rocky zrobiła się dziwna. Wpatrywała się w ten stół i zrobiła się dziwna. Potem pobiegła do twojego pokoju. To było tak, jakby babcia wiedziała, co się dzieje i ruszyła za nią. Babcia jest teraz z nią w twoim pokoju i ona czasami krzyczy. Jasper jest na górze, stoi przed twoimi drzwiami. Nie chce ich zostawić, a nie miał telefonu. Kazał mi zadzwonić do ciebie, a potem zadzwonić do Dev’a.

- Czasami krzyczy? – zapytał Layne.

- Ona nawet nie brzmi jak ona, tato. To… - głos mu się załamał i żołądek Layne’a skurczył się, kiedy to usłyszał - Tato, to cholernie przerażające.

Kurwa.

Layne chwycił kolejną w lewo - Co ona mówi?

- Nic, co ma sens.

- Powiedz mi, co mówi, Tripp.

Był cichy, a potem powiedział - Ona mówi, że nie może cię zmusić do tego.

- Nie może mnie zmusić do czego?

- Nie wiem, tato. Boże! - stawał się wzburzony lub bardziej wzburzony - Tak właśnie mówi. W kółko. „Nie mogę go do tego zmusić! Nie mogę zmusić Layne’a do tego!”

Jezu pieprzony Chryste.

– Nie pozwól jej odejść – rozkazał Layne.

- Racja.

- Tripp, posłuchaj mnie. Jeśli nie ma przy sobie kluczy, znajdź je i ukryj. Jeśli je ma, porozmawiaj z Jasperem i powiedz mu, żeby zrobił to, co musi zrobić, aby je od niej zabrać. Jak ciągle spróbuje odejść, nie obchodzi mnie, czy będziesz musiał ją zdjąć i przygwoździć do ziemi, nie wahaj się chłopcze i nie pozwól jej odejść. Powiedz swojemu bratu.

- Racja.

- Właśnie wracam do domu.

- Racja.

- Będę tam wkrótce - stwierdził, rozłączył się, przewinął do Dave'a i wcisnął przycisk Dzwoń.

– Hej, Tanner – odpowiedział Dave.

– Rocky jest nakręcona – oznajmił Layne i zamilkł - Dave, słyszałeś mnie? Rocky nakręciła się. Coś jest nie tak. Tripp właśnie dzwonił i powiedział, że krzyczy na mamę, że nie może zmuszać mnie do zrobienia czegoś i on mówi, że ona nie brzmi jak Rocky. Jest przerażony.

- Jestem w drodze – odparł pospiesznie Dave.

– Nie, cholernie nie jesteś. Mów do mnie.

- Ona mnie potrzebuje.

– Mów do mnie, Dave.

- Jestem w sklepie wędkarskim w Plainfield. Będę tam niedługo, jeśli będę mógł.

– Dave…

Martwa cisza.

- Kurwa! - Layne eksplodował, zatrzymał się na czerwonym świetle i czekał niecierpliwie, a adrenalina napływała do jego organizmu tak bardzo, że mógł to poczuć. Ręce mu się trzęsły, mięśnie ud drżały, wpatrywał się w czerwone światło, jakby mógł je przełączyć oczami – Kurwa – szepnął.

Wystartował, kiedy miał możliwość. Na wciąż czerwonym świetle Layne skręcił w prawo i przekroczył ograniczenie prędkości o trzydzieści kilometrów na godzinę, wyprzedzając dwa samochody, aby dotrzeć do domu. Zaparkował na ulicy i pobiegł do frontowych drzwi.

Otworzył ją i natychmiast ją usłyszał.

- Nie! - Rocky wrzasnęła ochrypłym, gardłowym głosem. Nawet gdy Layne szedł po schodach, poczuł, że ten głos przeszył jego skórę dreszczem - Muszę już iść! Muszę odejść, zanim on wróci do domu!

- Rocky, Słonko, uspokój się, dobrze? Dobrze, Słonko? - zagruchała Vera.

Layne wszedł po trzy stopnie na raz i wszedł na górę, by zobaczyć Trippa, Verę i Jaspera, którzy osaczyli Rocky w siłowni.

Jej twarz była czerwona, jej ciało było skręcone, jej włosy były rozpuszczone i rozczochrane, jakby wcierała w nie ręce, żyła wyskoczyła na jej czole, spływając pośrodku i znikając w nasadzie nosa.

Jej oczy utkwiły w jego, a jej przepełnił strach.

- Kochanie - wyszeptał, a ona rzuciła się jak strzała, pędząc przez jego rodzinę, prosto na niego.

W ostatniej chwili próbowała go wyminąć, ale złapał ją ramieniem w pasie, kołysząc ją przed sobą, plecami do siebie. Jej nogi kopały, a paznokcie wbijały mu się w ramię, ale on odwrócił się i poszedł do swojego pokoju, nawet gdy walczyła.

– Uspokój się, Rocky – szepnął jej do ucha. Jej ciało szarpnęło się, jej głowa zderzyła się z jego ramieniem, kiedy w ostatniej sekundzie odsunął swoją – Uspokój się, kochanie.

- Wypuść mnie! – wrzasnęła tym ohydnym głosem.

Wszedł do swojego pokoju, a ona skręciła się gwałtownie w jego ramionach. Podniosła rękę, przecięła jego szyję paznokciami i przeszył go ból. Jego ramiona rozluźniły się, odsunęła się od niego i próbowała przejść obok niego, ale położył dłoń płasko na jej klatce piersiowej i delikatnie odepchnął ją do tyłu, czując, jak Vera, Tripp i Jasper zbliżają się do niego, by ją odciąć. Nadal uciekała, a Layne ponownie ją złapał i odepchnął.

Jej spojrzenie przesunęło się po Layne, jego matce i chłopcach, a potem wycofała się, powoli idąc do tyłu, z oczami utkwionymi w oczach Layne’a, gdy się zbliżał.

– Nie rób tego – ostrzegła, podnosząc rękę i zatrzymując się, więc Layne też się zatrzymał.

- Rocky, co się dzieje? – zapytał cicho Layne.

- Nie mogę zmuszać cię do tego - powiedziała mu i zaczęła chodzić jak zwierzę w klatce, z boku na bok, jej oczy przemykały z niego na Trippa, Verę, Jasa, Layne’a i z powrotem, powtarzając - Nie mogę cię do tego zmuszać.

- Do czego? – zapytał Layne.

Potrząsnęła głową, jej wzrok padł na niego - Nie mogę cię do tego zmuszać.

- Do czego, kochanie?

- Do bycia ze mną -  powiedziała i zaczęła intonować, chodząc - Nie mogę cię zmuszać, żebyś był ze mną, nie mogę cię zmuszać, żebyś był ze mną, nie mogę cię zmuszać, żebyś był ze mną.

Jezu, Jezu.

– Rocky, kochanie – szepnął Layne.

Zaczęła kręcić głową i dalej to robiła, wzrok przeniosła na nogi. Wciąż chodziła tam i z powrotem - Nie pomogłam jej. Nie pomogłam jej. Było tak ciemno.

– O mój Boże – odetchnęła Vera, gdy Layne poczuł, jak zaciska mu się pierś.

- Rocky, co było ciemne? - zaszeptał.

Ciągle kręciła głową - Było tak ciemno.

- Co było ciemne, kochanie?

- Ukryłam się. Ukryłam się. Ukryłam się, kiedy powinnam była jej pomóc. Ukryłam się w ciemności – szepnęła Rocky.

– Ukryłaś się – powiedział cicho Layne, odrobinę zbliżając się do niej – Ukryłaś się, kiedy przyszedł Carson Fisher?

Zaczęła wtedy potakiwać, poruszając głową w niekontrolowanym rytmie, podskakując nią w górę i w dół. Rocky nie było. Kobiety, którą była, nie było. Cofnęła się o dwadzieścia cztery lata.

Layne poczuł obecność Devina w pokoju, ale nie odwrócił się, a Rocky go nie zauważyła.

- Tak, kiedy przyszedł. Usłyszała jego samochód. Przyszła do mojego pokoju. Obudziła mnie i kazała zadzwonić pod 911. Kazała mi się schować. Kazała mi się schować - Odchyliła głowę do tyłu i przestała chodzić, a wyraz jej twarzy wbił się w jego duszę, gdy wyszeptała - Zrobiłam, co mi kazano.

- Kochanie, zrobiłaś, co ci kazano. Zadzwoniłaś pod 911. Schowałaś się. Dobrze zrobiłaś.

– Powinnam była jej pomóc.

– Nie mogłaś jej pomóc.

– Krzyczała.

Layne podszedł bliżej, ale zatrzymał się, gdy Rocky to zauważyła, zrobiła ogromny krok do tyłu i zaczęła wyraźnie drżeć.

– Kochanie, nie mogłaś jej pomóc.

– Zranił ją, zanim ją zastrzelił – szepnęła Rocky.

Kurwa, kurwa. Wiedział o tym. Przeczytał raport. Carson Fisher spędził trochę czasu z Cecilią Merrick. Niewiele, nie miał więcej. Ale potrzebował dowodów, które miała Cecilia, więc próbował ją torturować, aby je zdobyć.

Zrobił bałagan w pośpiechu, a wyniki były nieprzyjemne.

Cecilia żyła przez to i zmarła, kiedy strzelił jej w twarz.

Layne po prostu nie wiedział, że Rocky o tym wiedziała.

Kurwa.

- Zranił ją, a ona krzyczała.

- Kochanie, chodź tutaj.

- Nie pomogłam. Ukryłam się. Ukryłam się i było tak ciemno.

- Słonko, proszę, podejdź tutaj.

- Poddasze - szepnęła. Kołysała tułów na boki, jej ręce przesuwały się po brzuchu i mocno trzymały - Tata nienawidził, kiedy ptaki tam się dostawały, więc zapieczętował to szczelnie. Wyszłam małymi drzwiczkami pod dach i było tak ciemno.

- Rocky, proszę, kochanie, chodź tutaj.

- Poszłam tam jak tchórz i słuchałam w ciemności, gdy ona krzyczała.

- Rocky…

- Całkiem sama.

- Rocky…

- Zostawiłam ją samą.

- Roc…

Jej ręce nagle opadły prosto w dół, zacisnęły się w pięści i wrzasnęła - Zostawiłam ją samą! Zranił ją, a ja zostawiłam ją samą! I wiedziała, że to słyszę! Umarła wiedząc, że to słyszę. Wiedziała! Moja mama. Wiedziaławiedziaławiedziaławiedziaławiedziała.

Layne szybko ruszył do przodu, złapał ją w ramiona, ale szarpnęła się, wyrwała i pobiegła do kąta. Przycisnąwszy się do niego bokiem, odwróciła się do niego z uniesioną ręką, patrząc na niego.

– Nie dotykaj mnie – szepnęła, a on patrzył, jak jej ciało drży.

– Mamo, zadzwoń do doktora – rozkazał Layne, nie odrywając wzroku od Rocky. Vera nie odezwała się ani słowem, ale wiedział, że wyszła z pokoju, bo widział, że Rocky podążała za nią wzrokiem - Rocky, kochanie, nie jesteś sobą - powiedział jej, poruszając się powoli, a jej wzrok wrócił do niego - To się nazywa stres pourazowy, Słonko. Nie jesteś sobą. To nie jest wtedy, to jest teraz. Jesteś bezpieczna.

Potrząsnęła głową – Nie, nie, nie jestem.

- Jesteś bezpieczna, kochanie, nic cię nigdy nie skrzywdzi.

- Nie, nie, nie jestem bezpieczna. Ty nie jesteś bezpieczny.

- Jestem bezpieczny, Rocky.

- Nie - wciąż kręciła głową - To nie w porządku. Mogło być dobrze, ale teraz tak nie jest. Nie teraz. Jest gorzej niż wcześniej. O wiele gorzej. Mogliśmy mieć czas, ale spieprzyłam.

- Słonko…

Jej głowa wciąż się trzęsła, mówiła razem z nim - Nie mogę cię do tego zmuszać.

Zaczęła ześlizgiwać się po ścianie, z kolanami przy piersi, z ręką wciąż uniesioną, jakby chciała go odeprzeć.

– Nie mogę cię do tego zmuszać – powtórzyła.

Layne przykucnął przed nią dwa kroki dalej.

- Kochanie, nie możesz mnie zmuszać do czego? - wyszeptał.

– Stracisz mnie – odszepnęła.

– Nigdzie nie pójdziesz – powiedział jej.

- Umrę.

Layne zamarł.

Potem szepnął - Co?

– Miała trzydzieści dziewięć lat, kiedy umarła. To będzie dla mnie następny rok, Layne.

- Rocky…

- To właśnie dostanę, za to, że jej nie pomogłam. Umrę wtedy, kiedy ona umarła. Ja to wiem. Zawsze wiedziałam, więc nigdy ci tego nie zrobię. Nigdy tego nie zrobię. Wiedziałam, jak to jest stracić ciebie i wiedziałam, że poczujesz to samo, jeśli mnie stracisz. Jak tata. Byłbyś jak tata. Gdybyśmy mieli szansę na życie, wiedziałam, że nigdy nie ruszysz dalej - Jej ręka opadła i owinęła obie ręce wokół nóg, ale jej oczy nie spuszczały jego. Wypalały jego oczy, jego klatka piersiowa płonęła, jego gardło i nie mógł nic zrobić, tylko wpatrywać się w jej oczy - Zostawiłam cię, aby dać ci życie, kochanie - szepnęła ochrypłym głosem, łzy wypełniły jej oczy, spłynęły cicho w dół - Chciałam, żebyś miał życie.

– To dlatego mnie zostawiłeś? - zapytał cicho.

Skinęła głową - Nie chciałam, żebyś został zraniony. Wiedziałam, jak bardzo to boli. Czułam to. Widziałam to w Merry’m. Widziałam to u taty. Nie chciałam, żebyś został zraniony.

- Rocky, chodź do mnie.

– Nie możemy mieć córeczki, bo ona nie będzie miała mamy – szepnęła Rocky.

Głos Layne’a był szorstki, kiedy błagał - Proszę, kochanie, chodź do mnie.

- Wiem, jak to jest stracić mamę.

- Kochanie, proszę.

- Nie mogę siedzieć przy stole z rodziną, Layne. Pozwoliłam mojej rodzinie umrzeć, zostawiłam ją samą na śmierć, przykucnęłam jak tchórz w ciemności i słuchałam jej krzyków, kiedy pozwalałam jej umrzeć.

– Nie pozwoliłaś jej umrzeć, kochanie. Fisher ją zabił.

- Nie mogę siedzieć przy stole, kiedy pozwoliłam mojej rodzinie umrzeć.

Layne skończył.

– Idę do ciebie, Roc.

Potrząsnęła głową, gdy łzy spłynęły jej po twarzy, z jej szczęki spadły na sweter.

- W tej chwili, kochanie, idę do ciebie.

Ciągle kręciła głową, gdy się do niej zbliżał, a on przygotowywał się do walki, ale kiedy do niej dotarł, wpadła w niego, wciskając się głęboko i mocno.

Przekręcił się i usiadł w kącie. Wczołgała się na jego kolana, zwijając się w kłębek, z rękami założonymi na jego szyję, jakby nie miała go nigdy puścić, i napłynęły łzy. Nie łzy. Wielkie, rozdzierające, kołyszące ciałem szlochanie.

Przytulił ją blisko i spojrzał w górę, by zobaczyć, że Devin, Tripp i Jasper weszli do garderoby.

– Dave tu przyjedzie i zadzwonił do Merry’ego. Niech się nie zbliżają. Nie obchodzi mnie, co robisz, ale nie chcę ich tutaj, dopóki nie obejrzy jej doktor.

– Rozumiem, synu – szepnął Devin.

– Idźcie, zamknij drzwi – rozkazał Layne.

Devin skinął głową. Odwrócił się, ale Jasper i Tripp nie ruszyli się. Ich oczy były przyklejone do ojca.

– Idźcie – szepnął Layne.

Dev wyciągnął ręce i zaczepił obu chłopców Layne’a, delikatnie ich obracając i prowadząc.

Rocky wcisnęła jej twarz głębiej w jego szyję. Layne opuścił głowę i przemówił jej do ucha.

- Wypracujemy to z ciebie, kochanie.

Potrząsnęła głową.

- Przysięgam, Roc, przysięgam, że zajmę się tobą. Tak?

Nie odpowiedziała, tylko wcisnęła się głębiej.

Ramiona Layne’a zacisnęły się – Kocham cię, Raquel.

Kolejny szloch podarł jej gardło, ale, pieprzone dzięki, trzymała się.

*****

Doktor zsunął włosy Rocky z jej szyi, po czym jego wzrok skierował się na Layne’a.

– Możesz ją puścić, synu, ona śpi – szepnął doktor.

– Przyprowadź mamę – rozkazał Layne.

Doktor spojrzał mu w oczy, wziął wdech w nos i skinął głową. Potem wyszedł z pokoju.

Layne leżał w łóżku, z ramionami do wezgłowia łóżka, a Rocky skuliła się na nim. Doktor podał jej zastrzyk, kiedy wciąż szlochała, Chryste, tyle łez. Nie wiedział, że ciało ma tyle łez. Nie walczyła. Wzięła zastrzyk i powoli zapadła się w jego ramionach.

Teraz było teraz i wiedział, że Dave i Merry byli na dole.

Wiedział też, że stracili żonę i matkę.

I go to, kurwa, nie obchodziło.

Vera wślizgnęła się do pokoju, a jej oczy skierowały się prosto na niego.

– Wejdź do łóżka, mamo.

Skinęła głową i podeszła do łóżka po stronie Rocky. Siedziała tak, jak siedział Layne, a on obrócił Rocky w jej wyciągnięte ramiona. Kiedy głowa Rocky spoczęła na piersi jego matki, a Vera owinęła jej ramię wokół swojego brzucha, Layne wyślizgnął się z łóżka.

– Nie pozwól jej odejść – szepnął Layne.

– Nie zrobię tego, Słonko – odszepnęła Vera.

Layne podszedł do drzwi, zamknął je i powinien był wziąć oddech.

Powinien był wziąć trzy.

Nie zrobił tego.

Zszedł po schodach.

Wszyscy byli w kuchni, Dev, Tripp, Jas, Doktor, Dave i Merry.

Dave siedział przy wyspie. Merry stał obok niego.

- Jak się…? - Dave zaczął, ale zatrzymał się, gdy Layne podszedł prosto do Merry’ego.

Na twarzy Merry’ego malowało się zmartwienie, ale to nie przeniknęło przez wściekłość Layne’a. Natomiast obniżyło czujność Merry’ego, więc nie poruszał się wystarczająco szybko, co oznaczało, że Layne zbliżył się, zacisnął dłoń na gardle Merry’ego i szedł dalej, pchając Merry’ego.

- Tato! - krzyknął Tripp.

Merry podniósł ręce do przedramienia Layne’a, gdy Layne ścisnął.

- Tanner! – wrzasnął Dave.

- Chłopcze! - Devin też wrzasnął, ale Layne pchnął Merry’ego na ścianę, przyszpilił go tam swoim ciałem i wbił mu się w twarz, wciąż ściskając.

- Dwadzieścia cztery lata, dupku, na dwadzieścia cztery lata zostawiłeś to ropiejące w jej głowie.

– Chłopcze, uspokój się – rozkazał Devin, z ręką na plecach Layne’a, ale Layne szarpnął się, odrzucając dłoń Devina i mocniej ścisnął gardło Merry’ego.

– Wiedziałeś – uciął Layne, gdy Merry zakrztusił się – Wiedziałeś, że dlatego mnie zostawiła. Wiedziałeś, że to ją torturuje. I zostawiłeś ją tej agonii.

– Tanner, synu, proszę - Dave był blisko i Layne zwrócił się do niego. Jego drugie ramię wystrzeliło w górę i wskazał palcem prosto w twarz Dave’a.

- Nie jesteś tutaj, staruszku, bo jesteś starcem. Zasługujesz na gorsze – warknął, a blada twarz Dave’a pobladła.

- Bracie - wykrztusił Merry.

Layne odwrócił głowę i znów stanął przed Merry’m w twarz – Nie jestem twoim bratem – wycedził.

Oczy Merry’ego zwęziły się i szarpnął za przedramię Layne’a – Nie rozumiesz.

– Cholernie dobrze rozumiem. Wyciekło to z jej oczu prosto do mojej skóry, dupku.

– Nie rozumiesz – wychrypiał Merry.

- To, co nie zatopiło się w mojej skórze, wypełniło moją głowę. Powiedziała mi, Garrett. Powiedziała mi.

– Kazała nam obiecać, Tanner – powiedział stojący za nim Dave błagalnym tonem.

Jasper zbliżył się i szepnął - Odstąp, tato.

Layne pozostał przy twarzy Merry’ego i patrzył mu w oczy. Nie przyszło mu do głowy, że Merry nie walczył poza tym, by powstrzymać rękę Layne’a przed wyciśnięciem z niego życia.

- Tato, odstąp – powtórzył Jasper.

Ciało Layne’a zablokowało się, zanim odepchnął się, wpychając Merry’ego głębiej w ścianę, gdy zrobił krok w tył.

- Nie jesteście mile widziani w tym domu - oznajmił, gdy obie ręce Merry’ego podniosły się do jego gardła.

- Proszę, posłuchaj mnie, synu – błagał Dave, a Layne zwrócił się do niego.

- Chcesz, żebym posłuchał teraz? Czy to prawda? Teraz chcesz, żebym posłuchał - zapytał sarkastycznie Layne.

– Devin powiedział nam, że tam na górze było źle – powiedział cicho Dave.

- Tak, Dave, myślę, że można to opisać jako złe, oglądać, jak moja kobieta ponownie przeżywa koszmar, w którym słyszała, jak jej matka krzyczała podczas tortur. Można to określić jako złe.

Dave wzdrygnął się, a potem jego twarz stwardniała – Mówisz o mojej żonie.

– Nie, Dave, mówię o twojej córce.

Szczęka Dave’a się zacisnęła.

– Kazała nam obiecać, Tanner – powiedział cicho Merry, a Layne odwrócił się do niego.

– Tak? Kazała? Co kazała ci obiecać? – zapytał Layne.

- Kiedy cię zostawiła, była taka, jak widziałeś, ale gorzej. Trwało to dwa dni – wyjaśnił Merry.

Dwa dni. Rocky powiedziała, że straciła dwa dni. Nie pamiętała tego.

Kurwa.

- I co? Zadzwoniliście do doktora? - Layne spojrzał na doktora - Wezwali cię?

- Nie - odpowiedział doktor, jego oczy były bystre i był wkurzony, o ile Layne mógł powiedzieć - Nie dostałem wezwania. Zaproponowałem to, kiedy miała czternaście lat i wiedziałem, że to będzie igrało z jej umysłem. Ale nie zadzwonili, Tanner, ani w wieku czternastu, piętnastu lat ani…

– Poradziliśmy sobie w rodzinie – warknął Dave.

– Racja, widzę, że świetnie sobie z tym dobrze poradziliście, Dave – warknął doktor.

– To nie twoja sprawa – odpalił Dave.

– Była to moja sprawa, kiedy przywiozłeś ją z zapaleniem wyrostka robaczkowego. Było moją sprawą, gdy miała infekcję klatki piersiowej. Była moja sprawa, kiedy zwichnęła ramię. Umysł jest częścią ciała, Dave, a ja jestem jej lekarzem od ponad trzech dekad. To moja cholerna sprawa! - odparł doktor.

Jezu, staruszek to wszystko pamiętał? Pieprzone piekło.

– Zajmowaliśmy się tym w rodzinie – powtórzył Dave.

- A ja nie byłem rodziną? – zapytał Layne i Dave spojrzał na niego.

- Co?

– Osiemnaście lat temu, kiedy się wtedy nakręciła, nie byłem rodziną?

Dave powoli zamknął oczy.

– Odpowiedz mi, Dave, czyż nie byłem rodziną?

Oczy Dave’a otworzyły się - Tanner…

Layne pochylił się do przodu i ryknął - Czy nie byłem rodziną?

– Kazała nam obiecać, Tanner – szepnął Merry, a Layne odwrócił się do niego – Widziałeś ją. Widziałeś, jaka może być. Czy nie obiecałbyś wszystkiego, czegokolwiek, by powstrzymać ją przed takim zachowaniem?

– Nie – Layne potrząsnął głową – Nie, nie zrobiłbym tego. To, co bym zrobił, bez względu na to, co by mówiła, jak by się zachowała, czym groziła, to zrozumiałbym, że potrzebuje jakiejś pieprzonej poważnej pomocy i ją dla niej sprowadził.

– Nawet jeśli to oznaczało jej utratę? - Merry odpalił.

- Tak, bracie, nawet gdyby to oznaczało utratę jej, bo nawet gdybym musiał spać w nocy bez niej, wiedziałbym, że nie torturowały jej krzyki umierającej matki. Więc tak. Absolutnie.

Mięsień zacisnął się w szczęce Merry’ego, odwrócił głowę i odwrócił wzrok.

– Utrata Cecilii przydarzyła się nam wszystkim, Tanner – zauważył Dave, a Layne spojrzał na niego.

- Nie mam pojęcia, modlę się do Boga, żebym nigdy się tego nie dowiedział. Wszystkim wam było ciężko. Ale ty nie słuchałeś jak umierała, Dave, twoja córka to zrobiła. Nie miałeś narzędzi do radzenia sobie z Rocky i powinieneś był znaleźć kogoś, kto miał te narzędzia. Powinieneś porozmawiać z doktorem. Powinieneś był się nią opiekować.

– Zaopiekowałem się – odpowiedział Dave.

– Nie, Dave, nie zrobiłeś tego. Nie zaopiekowałeś się wtedy, nie zrobiłeś tego siedem lat później, kiedy odcięła mnie od swojego życia i wiedziałeś, ty i Merry, obaj wiedzieliście i nie waż się temu zaprzeczać, wiedziałeś, że jestem jedyną osobą, która mogła uzdrowić te rany i pozwoliłeś jej mnie wyciąć. A teraz nie opiekujesz się, bo stoisz tam, całkowicie zaprzeczając i nie przyznając do tego, jak ogromne pieprzenie popełniłeś.

- Straciłem żonę! – krzyknął Dave.

– Przykro mi za to, Dave – szepnął Layne - Ale nie straciłeś życia, więc to oznacza, że twoim obowiązkiem było wydostanie głowy z pieprzonego tyłka i zaopiekowanie się córką.

- Tato - zawołał cicho Tripp - Jesteś zbyt surowy dla wujka Dave’a.

Layne zwrócił się do syna - To nie moje zadanie, Tripp, opiekowanie się Dave’m. Tam na górze jest moja kobieta - Wskazał palcem na sufit - Moim zadaniem jest opiekowanie się nią - Odwrócił się do Dave’a i omiótł Merry’ego swoim spojrzeniem - Oczywiste jest, że powinniście wpuścić mnie w to gówno osiemnaście lat temu, ale to już się stało. Potem mieliście drugą szansę, obaj, pytałem, błagałem, a wy nadal trzymaliście to gówno dla siebie.

– To wracało dla nas wszystkich, Tanner – bronił się Dave - Wiedząc, dlaczego cię zostawiła, wiedząc, że może się to ponownie pojawić, nie tylko dla niej, ale dla nas wszystkich. To nie było łatwe.

- Masz takie odloty? – zapytał Layne.

– Nie, ale czuję Fishera w kościach za każdym razem, gdy pada – odparł Dave.

- Nie myślisz, że może wszyscy potrzebujecie pomocy, aby uporządkować swoje gówno? – zasugerował szyderczo Layne – Żebyś mógł poradzić sobie z tym bólem w kościach, by Merry mógłby posortować sobie głowę po tym, jak zostawił jedyną kobietę, jaką kiedykolwiek kochał, a Roc nie musiałaby znosić kolejnego odlotu?

- Tata i ja rozmawialiśmy i pomyśleliśmy, że jakby miała kolejny epizod, tym razem będziemy cię wspierać – powiedział Merry i Layne spojrzał na niego.

- Cóż, nie, nie było was tutaj. Moi chłopcy i mama mnie wspierali.

Merry wpatrywał się w niego przez chwilę, zanim skinął głową.

Layne mówił dalej - Rocky, ona was kocha, zawsze będzie was kochać. Ja czuję to zupełnie inaczej. Jest w moim domu i jest teraz pod moją opieką. Chcę, żebyście odeszli. Wiem, że wrócicie i wiem, że będę musiał się uporać, ale w tej chwili chcę, żebyście odeszli.

Dave wypiął pierś - Chcę zobaczyć moją córkę.

– Będziesz musiał zadzwonić do niej jutro – odparł Layne.

- Chcę ją teraz zobaczyć.

- Ona śpi teraz w moim łóżku, Dave, więc, jak powiedziałem, będziesz musiał poczekać do jutra.

– To moja córka, Tanner – syknął Dave.

– Tato, chodźmy – szepnął Merry.

– Nie, ja nie… – zaczął Dave.

– Tato… chodźmy… – uciął Merry.

– Nie może mi mówić, kiedy zobaczę córkę – odpalił Dave.

– Tak, tato, może – odparł Merry.

– Nie może.

- Czy pozwoliłbyś komuś zobaczyć mamę, kiedy byłbyś na niego wkurzony jak diabli? - odpowiedział Merry, a tors Dave’a szarpnął się do tyłu - Tak, właśnie to jest. Wiesz, co to jest. Jesteśmy Merrick, do cholery. Ty jesteś taki. Ja jestem taki. Mama taka była. Rocky jest właśnie taka. I wiesz, że Rocky znalazła takiego mężczyznę. Więc Tanner jest wkurzony i musimy iść.

Dave spojrzał na syna. Zwrócił spojrzenie na doktora. Potem skierował swoje spojrzenie na Layne’a. W końcu odwrócił się i podszedł do frontowych drzwi.

Oczy Merry’ego powędrowały do Layne’a – Wypracujemy to, bracie.

– Nie wstrzymywałbym oddechu, dopóki tak się nie stanie, Garrett.

Merry przyjrzał mu się, po czym potrząsnął głową z małym, smutnym uśmiechem na twarzy.

Potem powiedział - Jesteś teraz wkurzony, ale ją kochasz. Wypracujemy to.

Merry miał rację, ale Layne na pewno nie miał zamiaru mu tego dać. Więc milczał i patrzył, jak Merry wychodził.

– Pójdę do biura – oznajmił doktor, gdy drzwi zamknęły się za Merry’m - Zdobędę kilka nazwisk. Dobrzy psychoterapeuci. Zadzwonię z numerami. Musi znaleźć kogoś, komu ufa i zacząć od razu.

Layne skinął głową.

– Nie dałem jej wiele, nie będzie długo nieprzytomna – ciągnął doktor - Zostawię trochę tabletek nasennych. Jak by miała problemy ze snem, musisz ją zmusić do wzięcia ich. Jeśli się obudzi i nadal nie będzie czuła się dobrze, wykazywałaby dezorientację, jakiekolwiek objawy, które zauważysz, nawet amnezję, nie pamiętałaby, co się dzisiaj wydarzyło, muszę wiedzieć.

– Dobrze – burknął Layne.

Doktor okrążył wyspę i zbliżył się do Layne’a – Musisz zrobić w sobie bezpieczną przystań, Tanner. Musi wiedzieć, że może położyć na tobie ten ciężar. Jest ciężki, synu. Chcesz, by było jej lepiej, musisz nauczyć się być gotów.

– Teraz jest bezpieczna, doktorze – wymamrotał Layne, a oczy doktora przeszukały jego twarz. Potem skinął głową i wymamrotał - Tak sądzę.

Oczy doktora omiotły pokój, ponownie skinął głową, potem odwrócił się do wyjścia, ale zatrzymał się przy schodach i odwrócił.

Jego wzrok utkwił w Layne i przemówił.

- Później, nie teraz, później, jeśli pomyślisz o Rocky, jak się czujesz z tym, jak byś się czuł, gdybyś dowiedział się, że była torturowana, a następnie postrzelona dwa razy w klatkę piersiową i raz w twarz – Layne drgnął na słowa doktora, ale nie zerwał kontaktu wzrokowego - Gdyby tobie się to przydarzyło, mógłbyś sobie z tym poradzić inaczej. Mógłbyś dokonać lepszych wyborów. Ale ten człowiek zrobił, co mógł, by unieść ciężar tego, że ściągnął to na swoją żonę i zostawił córkę z demonami. Ciężar, który wciąż dźwiga, Tanner. Masz rację, że jesteś zły, ale żaden dobry człowiek nie może zrozumieć ciężaru, jaki niesie Dave Merrick i żywić urazę.

Po tym udanym strzale na pożegnanie doktor odwrócił się i zniknął.

Layne stał nieruchomo przez długie chwile po tym, jak wyszedł i poruszył się dopiero wtedy, gdy poczuł, że Tripp dopasowuje się do jego boku, obejmuje ramionami talię taty, kładzie policzek na ramieniu i jego chłopak go przytulił.

Ramię Layne’a objęło ramiona Trippa i ścisnął go.

Tripp cofnął się od Layne’a i spojrzał swojemu staruszkowi w oczy.

- Czy mogę iść na górę i usiąść z babcią i Rocky? - zapytał cicho.

Boże, Tripp był dobrym dzieckiem.

Layne uniósł rękę, owinął ją wokół szyi Trippa i ścisnął – Wszystko w porządku po tym, jak to zobaczyłeś, kolego?

– Tak, po prostu martwię się, że Roc nie jest w porządku.

– Nic jej nie będzie – zapewnił syna Layne, ponownie ściskając i pociągając krótko.

– Myślisz, że możesz jej pomóc? — zapytał Tripp.

– Wiem to – odpowiedział Layne.

Tripp uśmiechnął się. To było niepewne i bez serca, ale zrobił to.

- Dobrą rzeczą jest to, że nie musiałem z nią walczyć – zauważył Tripp.

– Tak, to dobrze – odparł Layne.

– Ale ukradłem jej klucze z torebki. Są pomiędzy czterdziestą pierwszą i czterdziestą drugą miską Blondie – poinformował go Tripp, a Layne odwzajemnił jego uśmiech, domyślając się, że jego też nie miał serca, ale przynajmniej był to uśmiech.

– Dzięki, kolego – powiedział Layne, ponownie ściskając.

- Pójdę w górę - szepnął Tripp, Layne skinął głową i puścił go.

Tripp rzucił mu długie, ostatnie spojrzenie, odwrócił się i wbiegł po schodach.

Layne poczuł zimno na ramieniu i odwrócił się, by zobaczyć, że Jasper trzymał tam piwo.

– Myślę, że on potrzebuje whisky, chłopcze – burknął Devin.

Layne wziął piwo od Jasa, klepnął go w ramię i powiedział do Deva - Nie jestem pewien, czy whisky to teraz dobry pomysł. Albo nie tak dużo, jak tego chcę.

- Racja - Devin był przy szafce z alkoholami - Potrzebujesz pełnej sprawności. Z drugiej strony ja mogę się upić tak, jak chcę.

Layne przeniósł się do wyspy i poczuł, że Jasper trzymał się blisko niego, tak jak zrobił to z Tripp’em i Seth’em, kiedy Cosgrove znęcał się nad nimi i odwrócił się, by spojrzeć na swojego syna.

– Ze mną dobrze, kolego – mruknął.

– Dobrze, tato – mruknął Jas, ale nie odsunął się, więc Layne zarzucił rękę na ramiona chłopca i mocno przyciągnął go do boku.

Jasper objął ramieniem talię Layne’a i się trzymał.

Devin otworzył butelkę whisky i zwrócił się do Layne’a.

- Co ja powiedziałem? – zapytał Devin.

- O czym? – zapytał Layne.

Devin spojrzał na niego. Potem powiedział - Bubum! - Potem przyłożył butelkę whisky do ust, przechylił głowę daleko do tyłu i wziął potężnego łyka prosto z butelki.

Jasper odwrócił głowę i Layne zrobił to samo. Przyciągnęli sobie nawzajem wzrok i Jasper potrząsnął głową.

Layne spojrzał z powrotem na Devina, który wpatrywał się w nich, wciąż trzymając butelkę za szyjkę.

– Powiedziałem ci też, że jest warta wysiłku.

– Już to wiedziałem, staruszku.

- Tak, cóż, teraz wiesz o tym lepiej - Jego oczy przesunęły się na Jasa - Widziałem wiele rzeczy, robiłem wiele rzeczy. Rany na ciele bolą, ale szybko się goją. Rany duszy nigdy nie znikają. To sposób, w jaki radzimy sobie z bólem, który nigdy nie umiera, czyni nas takimi ludźmi, jakimi jesteśmy. Codziennie ludzie demonstrują akty odwagi, aby móc dotrwać do nocy. Ta kobieta na górze uśmiecha się i śmieje, gotuje i uczy i nikt nie znał bólu, który nosiła w swojej duszy. Innymi słowy, są wojownicy i są wojownicy. W łóżku twojego taty leży wojownik. Ucz się od niej, chłopcze.

- Racja - wyszeptał Jasper.

- Jak twojego taty nie ma, mnie nie ma, ty lub twój brat macie się nią opiekować – rozkazał Devin.

- Racja - powtórzył Jasper kolejnym szeptem.

- Dopóki nie zostanie uwolniona od demonów, może się nakręcić w dowolnym momencie. Jeden z nas musi ją złapać, gdyby upadła - ciągnął Devin.

- Racja - wyszeptał ponownie Jasper.

– Wprowadź w to brata – zażądał Devin.

- Racja - wyszeptał ponownie Jasper.

- Teraz - oznajmił Devin - Mam fazę i upijam się.

Skierował wzrok na Layne’a - I ten pies był poddawany kwarantannie na zewnątrz przez całą tę sytuację, a jeszcze jej nie wpuszczam, więc oczywiste jest, że ja na zewnątrz z whisky i fazą i twoim pieprzonym psem, powinno ci powiedzieć, ile dla mnie znaczysz, chłopcze.

Potem podszedł do drzwi, otworzył je, Blondie zaatakowała go przy jego pierwszym kroku na betonowym patio i zamknął drzwi.

Layne ścisnął ramię Jaspera i odszedł.

- Jesteś okej? – zapytał Layne.

- Tak jest – odpowiedział Jasper.

- Ignoruj Dev’a, potrafi być dramatyczny.

- Wydaje mi się całkiem mądry.

Layne spojrzał Jasperowi w oczy.

Potem zapytał - Na pewno jesteś okej?

– Tak, tato.

– Zostałem postrzelony jakiś czas temu, kolego, i…

- Jestem okej, tato.

- Nie rozmawialiśmy o tym. Chciałem dać wam czas, chłopcy.

- Nie musisz nam dawać czasu.

– Jas…

- Tato, my wiemy, czym się zajmujesz i wiemy dlaczego. To jest porąbane co stało się z mamą Roc, ponieważ ona była mamą, a nie kimś takim jak ty. To było do dupy, że zostałeś postrzelony i nie mogę powiedzieć, że Tripp i ja się nie baliśmy. Baliśmy. Ale jesteś tutaj. Jesteśmy blisko. Więc wszystko jest okej.

– Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał porozmawiać – powiedział cicho Layne.

Jasper uśmiechnął się do niego – Tak, ale jak bym musiał porozmawiać, wybiorę czas, kiedy Rocky nie będzie pod wpływem środków uspokajających w twojej sypialni.

Layne odwzajemnił uśmiech – Dobry wybór – mruknął, po czym podniósł butelkę w dłoni - Chcesz piwo?

Brwi Jaspera uniosły się - Poważnie?

– Kurwa, nie – odparł Layne.

Jasper zachichotał.

Layne podszedł do syna, objął go ramieniem i przyciągnął do siebie, puścił go, odwrócił się i wszedł po schodach do Rocky.

*****

Layne wiedział, że nie spała od dziesięciu minut, zanim poruszyła się i podniosła głowę z jego piersi.

Wykręciła szyję, a jej oczy trafiły w jego.

– Oszustka – szepnął.

Zamrugała powoli.

Potem odszepnęła - Co?

– Pączuszku, od dziesięciu minut udajesz, że śpisz.

- Oh - Wciąż szeptała, a teraz odpychała.

Tak więc Layne ramieniem, którym już ją obejmował, przycisnął ją i podciągnął ją w górę.

Naciskała na niego lekko, nie za bardzo, ale unikała jego wzroku.

– Kochanie, spójrz na mnie – rozkazał delikatnie Layne, a jej wzrok spoczął na jego oczach.

- Jak się czujesz?

– Dziwne – odpowiedziała.

- Pamiętasz?

Zacisnęła usta. Potem skinęła głową.

- Wszystko?

- Jaki dziś dzień? - zapytała.

- Sobota – odpowiedział.

- W takim razie tak. Wszystko.

- Ile dni tracisz przez to gówno?

- Cóż, leżałam tam myśląc o tym i zgaduję… dwa.

– To też moje przypuszczenie – powiedział jej Layne - Więc to się nigdy wcześniej nie zdarzyło?

- Nie żebym o tym wiedziała.

– Ale może nie pamiętasz?

- Myślę… nie.

- Doktor podał mi nazwiska i numery do osób, do których możesz zadzwonić. Dopilnujemy, żeby to się nigdy więcej nie powtórzyło.

Przestała naciskać na niego i oparła się całym ciężarem o jego bok.

Potem szepnęła - Tripp i Jas widzieli…

- Nie martw się o to.

- Myślę…

- Rocky, Słonko, wiesz, że to dobre dzieciaki. To jest życie. Nie mogę wiecznie chronić ich przed życiem. Muszą się nauczyć, jak sobie radzić. To, co się wydarzyło, było prawdziwe. To musiało się stać. Musiałaś się pozbyć tego gówna. Zrobiłaś to w otoczeniu ludzi, którym bardzo na tobie zależy. Kiedy gówno się dzieje, jest to najlepsze miejsce.

– To krępujące – szepnęła.

– Kochanie – odszepnął, przyciągając ją bliżej i obejmując ją drugą ręką - Twoja matka umarła, kiedy słuchałaś. To cię naznaczyło. Nie ma w tym nic wstydliwego. Kochałaś ją, straciłaś ją i to cię naznaczyło. To nie jest krępujące, ponieważ jest w tym piękno.

- Piękno? - westchnęła.

– Kochałaś ją.

Jej oczy zabłysły od łez i skinęła głową.

- To jest piękne.

Spuściła głowę, wtuliła twarz w jego pierś, a jego ręka uniosła się i prześlizgnęła po jej włosach.

– Chodzisz na jej grób – szepnął Layne.

– Tęsknię za nią – odszepnęła Rocky.

- Była dobrą mamą – stwierdził Layne.

- Najlepszą - Uniosła głowę i spojrzała na niego – Polubiłbyś ją. Była zabawna.

– Pamiętam ją. Wyglądasz tak jak ona.

Skinęła głową. Potem wciągnęła powietrze.

- Mówiliśmy o urodzeniu dzieci – szepnęła - Po tym, jak to powiedziałeś, zaczęłam mieć te myśli.

Ramiona Layne’a ścisnęły ją – Przepraszam, Słonko.

Potrząsnęła głową - Nie przepraszaj. Nie możesz się wystrzegać wszystkiego, co mówisz.

- Nie.

- A potem to był stół - Znowu potrząsnęła głową - Mama zawsze kazała nam jeść przy stole. Każdego wieczoru. Mam problem z jedzeniem przy stole.

Jej oczy były skupione na jego - Trudno było siedzieć przy stole w towarzystwie rodziny, odkąd jej nie ma. Kiedy byliśmy razem, zwykłam patrzeć na ciebie. Coś w patrzeniu na ciebie sprawiało, że się uspokajałam.

Layne zamknął oczy, otworzył je i owinął dłoń wokół jej szyi.

- Pamiętam - powiedział jej.

- Dzięki temu czułam się bezpiecznie.

- Tak?

- Wiedziałam, że jak będziesz w pobliżu, nigdy nie pozwolisz, żeby coś mnie skrzywdziło.

- Kochanie - jego głos był ochrypły, a jego ramię na jej plecach i dłoń na jej szyi mocno ją ścisnęły.

– Często się boję, Layne – przyznała cicho - Tak często, że przyzwyczaiłam się do tego. Żyje to ze mną. To jest w mojej skórze.

- To dociera do ciebie, jak jest ciemno.

Skinęła głową - Pomagasz mi to odeprzeć.

- Rocky…

- Wtedy i teraz.

- Kochanie…

- Nie chcę się już bać, Layne.

Wsunął palce w jej włosy i przyciągnął jej twarz do swojej, dotykając jej ust swoimi ustami, po czym pozwolił jej cofnąć się o kilka centymetrów.

– Zadbamy o to, tak?

- Tak.

Jego kciuk przesunął się po jej policzku, ale cały czas patrzył w jej oczy, a potem opuściła głowę i oparła policzek na jego klatce piersiowej, obejmując go ramieniem.

– Zrujnowałam nasze plany na kolację – szepnęła do jego piersi.

- Zrobimy to w następny weekend.

– Chłopców tu nie będzie – przypomniała mu.

– Jasper ma samochód. Mogą być tam, gdzie chcą. Będą chcieli tu być.

– Gabrielle się to nie spodoba.

- Co mnie to obchodzi?

Wyrwał się jej zaskoczony chichot i trzymała się mocniej.

Potem wymamrotała - Jestem głodna.

- Czego chcesz, kochanie?

Uniosła głowę - Shanghai Salon?

Uniósł brwi - Kurczak w sezamie?

Jej usta zrobiły się miękkie, a powieki opuszczone – Pamiętałeś.

- Ile razy mam ci powtarzać, skarbie? Pamiętam wszystko.

– Dziękuję, Layne.

- Za co?

- Za kochanie mnie tak mnie kochasz.

Jego ramiona zacisnęły się wokół niej i zrobiły to automatycznie.

– Chryste, Roc – mruknął.

- Mama też by cię polubiła.

- Kochanie, przestań.

- Ponieważ kochasz mnie tak jak kochasz.

- Rocky…

- I dlatego, że jesteś gorący.

Zaśmiał się z zaskoczenia i spojrzał na nią.

– Bo jestem gorący?

- Kiedyś wskazywała mi wszystkich uroczych chłopców. Mówiąc na przykład: „Rocky, spójrz na niego. Jest dla ciebie idealny wzrostem”. I „Rocky, jest słodki, ale jest blondynem. Blond chłopcy mogą być słodcy, ale zawsze będą słodcy. Słodcy, ciemnoskórzy chłopcy staną się czarujący”. Takie rzeczy.

Nigdy nie słyszał, żeby mówiła w ten sposób o swojej matce. Nigdy.

Polubił to.

– Jesteś ciemny – ciągnęła.

- Tak, kochanie, widziałem siebie w lustrze.

Uśmiechnęła się do niego – I jesteś gorący. Mama miała dobre oko do uroczych facetów. Ergo, ona by cię polubiła.

- Ergo? - dokuczał.

– Zamknij się – szepnęła.

Uśmiechnął się do niej, ale jego ramiona zacisnęły się w przygotowaniu.

Potem krzyknął - Tripp!

Rocky zastygła w jego ramionach.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast i Tripp tam był, co oznaczało, że jego chłopiec pełnił blisko służbę. Kiedy przybył, ciało Rocky podskoczyło.

- Tak, tato? - zapytał, po czym jego oczy przesunęły się na Rocky - Hej, Roc – powiedział niedbale.

– Uch… hej, Tripp.

- Obudziłaś się, fajnie, możemy coś zjeść? - zapytał Tripp.

- Szanghaj Salon. Roc chce kurczaka w sezamie. Ja chcę krewetki Kung Pao. Zdobądź zamówienia brata, babci i Devina. Zadzwoń. Dostawa – rozkazał Layne.

- Super! - Tripp krzyknął, skręcając tors i wrzasnął - Jas! Bierzemy chińszczyznę.

- Świetnie! - Usłyszeli głos Jaspera krzyczącego z daleka.

- Chińszczyzna! - krzyknęła Vera, także z daleka - Zrobię zapiekankę z tuńczykiem.

- Nie ma mowy, babciu, chcemy chińszczyznę! - wrzasnął Tripp, odwracając się od drzwi, zostawił je uchylone i odbiegł.

- Chcę cytrynowego kurczaka, Trippo-mantyk – krzyknął Jasper.

Rocky wtuliła się w niego, z policzkiem z powrotem na jego klatkę piersiową i owiniętym ramieniem.

- Okej, cóż, wygląda na to, że mój dramat nie przeraził ich.

- Nie, pączuszku, ale przez jakiś czas oczekuj dużo uwagi. Tripp prawdopodobnie zagada cię na śmierć, a Jasper przyklei się do ciebie jak rzep.

Podniosła głowę - Na serio?

- Na serio.

- Czemu?

- Ponieważ im zależy, bo zechcą wiedzieć, że wszystko w porządku i ponieważ to jest ich sposób, aby tak to zrobić.

Uniosła rękę, by położyć się na jego szyi - To przerażające, jak bardzo są do ciebie podobni.

- Zagaduję cię na śmierć?

- Nie, chcesz się upewnić, że wszystko ze mną w porządku i znaleźć sposób, aby tak było.

Layne uśmiechnął się do niej.

Rocky mówiła dalej - Chociaż muszę zapytać, skąd Tripp ma swoje blond włosy?

- Cholera wie.

Jej oczy straciły ostrość i powiedziała cicho - Gdyby nie miał dokładnie twojego ciała i twojej intensywności, przysięgłabym, że Gabrielle cię zdradziła.

Layne wybuchnął śmiechem. Wzrok Roc skupił się na nim, po czym jej twarz zaczerwieniła się – Nie chcę intymnie…

– Kochanie – powiedział Layne przez chichot - Tripp jest moim synem i nawet jeśli nie z urodzenia, nadal jest moim synem. I to wszystko.

– To twój syn, Layne, wiem o tym.

– Tak, ja też.

- Tato! - Tripp wrzasnął z dołu - Potrzebuję twojego portfela!

- Mój jest w torebce na blacie, Tripp! – odkrzyknęła Rocky.

- Jeśli weźmiesz portfel Rocky, Tripp, będziesz uziemiony na miesiąc. Podejdź tutaj i weź mój - Layne krzyknął po Rocky.

Jej wzrok skierował się na niego – Mogę zapłacić za kolację, Layne.

- Wiem, że możesz, po prostu nie płacisz.

- Layne.

- Rocky.

- Layne.

- Roc.

Ich wgapianie się w siebie zostało przerwane przez Trippa, który przyszedł po portfel, a Layne wręczył go, ale spojrzenie Rocky zostało wzmocnione, gdy jego oczy wróciły do niej.

– Zamknij drzwi, kolego – zawołał Layne, wpatrując się w Rocky.

– Dobrze – mruknął Tripp i Layne usłyszał, że drzwi się zatrzaskują.

Następnie Layne wybrał opcję drugą, aby zakończyć wpatrywanie się w dół. Obrócił ją na plecy i pocałował, a kiedy skończył, wtulił twarz w jej szyję.

- Kocham cię, kochanie - wyszeptał przy jej skórze, gdy jego dłonie przesunęły się po jej bokach.

– Też cię kocham, Layne – odszepnęła i zacisnęła ramiona wokół niego.

Layne owinął ramiona wokół niej, jego twarz wciąż była na jej szyi, przekręcił je na boki i wypuścił oddech, oddech, który miał wrażenie, jakby wstrzymywał przez dziesięciolecia.

I jak Rocky leżała w jego łóżku, w jego ramionach, obejmując go mocno, przyjemnie było wreszcie odpuścić ten oddech.

 


 

1 komentarz: