poniedziałek, 27 czerwca 2022

24 - Jakim mężczyzną się stałeś

 

Rozdział 24

Jakim mężczyzną się stałeś

 

 

 

Poniedziałek, 5:12

– Layne – wydyszała Rocky, z jedną ręką w jego włosach, mocno obejmując tył jego głowy, jedną z ramion pod jego ciałem, z palcami zaciśniętymi na jego tyłku.

– O tak, pączuszku – szepnął Layne, obserwując jej twarz w cieniu, gdy jego palce intensywnie bawiły się wilgocią między jej nogami.

– O Boże – wydyszała, wyginając plecy, była blisko.

– Daj mi to, Rocky – rozkazał.

Jej palce zacisnęły się na jego tyłku.

– Wejdź do środka – błagała.

- Jak dojdziesz.

– Teraz, kochanie, proszę – szepnęła.

- Później.

Jej biodra wbiły się w jego dłoń - Chcę twojego kutasa.

– Dostaniesz go.

- O Boże.

- O, tak, właśnie to.

- Boże, Layne.

– To wszystko, kochanie – wyszeptał, opuścił głowę, wziął jej sutek w usta i mocno pociągnął.

To sprawiło, że jej plecy opuściły łóżko, a z jej gardła wyrwał się nierówny jęk.

Palce Layne opuściły jej cipkę. Przetoczył się po niej, jej nogi rozłożyły się szeroko dla niego, nawet gdy dochodziła, a jego pieprzona komórka zadzwoniła.

– Nie – szepnęła.

- Kurwa, muszą sobie jaja robić – warknął Layne, usadowił się między jej nogami i sięgnął po telefon.

Odwrócił go twarzą do siebie, zobaczył, co było na wyświetlaczu, i ponownie warknął, tym razem bez słów.

Potem odebrał telefon i przyłożył telefon do ucha.

- Lepiej, żeby to było cholernie dobre - Nadal warczał.

Rocky uniosła kolana, przycisnęła uda do jego boków, gdy jej ramiona owinęły się wokół jego pleców, czubek jego penisa prześlizgnął się przez jej wilgoć, a Layne zacisnął zęby.

- Obudziłem cię? - zapytał Sully.

– Nie – burknął Layne.

Cisza, a potem - Och.

– Sully – zagrzmiał Layne.

– Dobra, dobra, pomyślałem, że chciałbyś wiedzieć. Adrian Cosgrove został uwięziony. Chris Renicki i Marty Fink znaleźli go jakieś dwie godziny temu. Miał przy sobie wystarczająco dużo Rohypnolu, żeby odurzyć całą klasę juniorów. Posiadanie nielegalnej substancji, spisek w celu popełnienia przestępstwa, naruszenie jego warunków kaucji…

Layne mu przerwał - Rozumiem, jest wypieprzony.

– Jest wypieprzony – potwierdził Sully.

- Dobrze. Mogę już iść? – zapytał Layne tylko z nutą cierpliwości.

Layne usłyszał chichot Sully’ego i ponownie zacisnął zęby.

- Tak - odpowiedział Sully.

Layne rozłączył się, rzucił telefon na łóżko i pochylił głowę w kierunku Rocky.

- Czy wszystko…? - zaczęła.

- Dobrze – warknął Layne, po czym wbił w nią swojego kutasa, a jej plecy ponownie opuściły łóżko, gdy miauknięcie wysunęło się z jej gardła.

Jezu. Niebo. Wszystko.

Potem pochylił głowę jeszcze bardziej i pocałował swoją kobietę, jednocześnie ją pieprząc.

Mocno.

*****

Poniedziałek, 6:21

Layne leżał się na plecach w łóżku, z głową opartą na rękach i słuchał Rocky w jej łazience.

Jego myśli nie skupiały się na słodkim orgazmie, który miał, ani na tym, który jej dał. Też nie na odgłosach dochodzących z łazienki. Co więcej nie chodziło o milion i cholernie trzy rzeczy, które miał w swoim życiu.

Myślał o tym, jak wszedł do domu Vi i Cala i zobaczył Raquel siedzącą po turecku na podłodze z córeczką Vi i Cala, Angelą, podskakującą na małych nóżkach na kolanach Rocky. Rocky trzymała małe rączki Angeli i śmiała się wprost do rozchichotanej twarzy Angeli.

Kiedyś, w dawnych czasach, planowali mieć troje dzieci. Oboje byli co do tego zgodni, to było pewne. Troje. Layne nie miał rodzeństwa, zawsze chciał mieć jedno i chciał mieć jeszcze jedno, widząc, jak Roc była z jej bratem. Rocky miała brata i kochała go, więc byłaby szczęśliwa, gdyby miała jeszcze jednego brata lub siostrę, nie obchodziło jej to. Rodzina znaczyła dla niej wszystko, im większa, tym lepsza. Więc zdecydowali się na troje, zdecydowanie troje.

On miał dwoje.

Rocky nie miała żadnego.

Rocky wyszła z łazienki niosąc kubek kawy, włosy miała zaczesane do tyłu i miała na sobie ciemnozieloną bieliznę, satynową z nutą ciemnoszarej koronki. Layne nauczył się już, że oznaczało to, że tego dnia zakładała na siebie coś z zielenią. Rocky miała dużo bielizny w wielu kolorach i dopasowywała ją do swoich strojów. To też było nowe i to też podobało się Layne’owi. Podobało mu się to, ponieważ nawet jeśli nie widział jej ubierającej się, mógł zgadywać, co miała na sobie pod ubraniem.

I bardzo mu się to podobało.

- Kochanie, chodź tutaj - zawołał, a ona spojrzała w jego stronę.

- Muszę iść do pracy, skarbie.

– Chodź tutaj – powtórzył. Zatrzymała się w drzwiach swojej garderoby, spojrzała na niego przez sekundę i podeszła.

Kiedy się zbliżyła, Layne podniósł się zginając brzuch, złapał ją za nadgarstek i z drugiej ręki wyjęła kubek z kawą. Postawił go na szafce nocnej, po czym, szarpiąc ją za nadgarstek, położył się z powrotem, a Rocky uderzyła w niego całym frontem.

- Layne!

Otoczyły ją ramionami, chwytając ją w pułapkę.

- Muszę iść do pracy - powtórzyła.

- Wiem, ale muszę cię o coś zapytać.

Przestała naciskać, kiedy zwróciła uwagę na jego twarz.

Potem szepnęła - Co?

- Chcesz mieć dzieci? – zapytał wprost Layne.

Jej ciało drgnęło, zanim powtórzyła - Co? - ale tym razem to wydyszała.

- Chcesz mieć dzieci?

- Ja… umm… - wyjąkała, a jej oczy przesunęły się na poduszkę obok jego głowy.

– Oczy do mnie, Roc – rozkazał, a jej oczy odskoczyły.

- Tak - odpowiedziała, to jedno słowo wyrzuciła szybko, na siłę i otwarcie przestraszone. Wiedział o tym, ponieważ ledwo wysyczała „k”, zanim jej ciało się napięło.

Uśmiechnął się do niej i szepnął - Dobrze, kochanie, ile chcesz? Dwoje, troje?

Wpatrywała się w jego oczy, jej ciało było nieruchome, jej oczy zalśniły się, a nozdrza drżały. Zamierzała płakać, a żeby to zwalczyć, zaserwowała postawę.

- Co? - odszepnęła w odpowiedzi - Chcesz mieć armię?

Layne roześmiał się, przewrócił ją na plecy, położył na niej i ukrył twarz w jej szyi.

– Nie odpowiedziałaś – powiedział w jej szyję.

– Layne, psujesz mi włosy.

Uniósł głowę - Pączuszku, odpowiedz na moje pytanie.

Spojrzała na niego. Czysta bzdura. Widział, że jest szczęśliwa, a jego pierś ścisnęła się na ten widok.

- Jedno, jeśli to chłopiec. Jeśli to dziewczyna, dwie, ale tylko z nadzieją na kolejną dziewczynę.

- By wyrównać ilość?

- Nie.

Brwi Layne’a uniosły się – Nie lubisz chłopców?

- Ubrania dla małego chłopca nie są tak urocze jak ubrania dla małej dziewczynki.

Layne spojrzał na nią i zobaczył, że mówi poważnie, opierając na zakupach swoje pragnienie płci dziecka, jakie miałaby mieć.

Potem mruknął - Jezu.

– Nie są – broniła się Rocky.

- Dziewczyny oznaczają, że będzie mnie bolała głowa jak Cala i będę musiał się modlić każdej nocy, że spotykają chłopaka takiego jak Jas, to znaczy, kiedy Jas jest w nich zadurzony. Chłopcy, po prostu dam im prezerwatywy.

Jej ciało zablokowało się pod jego i warknęła - Layne!

- To prawda.

- Chłopcy oznaczają, że muszę mieć nadzieję, że nie będą zwracali dużo uwagi na swojego twardziela tatę i nie zechcą kariery, w której śpią z pistoletem pod poduszką.

Uśmiechnął – Złapałaś to?

- Trudno to było przegapić, kiedy kładłam na to twoją piżamę, Layne.

Jego głos złagodniał, kiedy zapewnił ją - To tylko środek ostrożności.

– Przeciw twoim wrogom albo wkurzonym ojcom eskapad Jaspera przed-Keirą?

Znowu się uśmiechnął – To też złapałaś?

- Dzieci mówią, a tak przy okazji, to powód drugi, żadnych chłopców.

- Czemu?

- Ile jeszcze powodów chcesz? - zapytała.

– Dwanaście – odpowiedział.

- Dziewczynka… - Urwała, jej oczy były zamglone, a jej ciało napięło się. Kiedy znów się odezwała, wiedział w głębi duszy, że to nie było do niego - Dziewczynkę mogę uczyć. Mogę jej opowiadać różne rzeczy. Mogę jej wskazać drogę. Mogę wyjaśnić, co wydarzy się w jej życiu - Jej oczy ponownie skupiły się, a jej ciało rozluźniło się pod jego - Dziewczynce mogę dać wszystko, czego moja mama nigdy nie miała szansy dać mi.

– W takim razie dziewczynki – wyszeptał natychmiast Layne i patrzył, jak Rocky mruga, jej twarz przybrała wyraz zaskoczenia, zanim to zaskoczenie zniknęło, nadzieja wypełniła przestrzeń i uśmiechnęła się.

– Czy to gwarancja, Tannerze Layne? - odszepnęła w odpowiedzi.

- Nie, ale zobaczę, co da się zrobić.

Jej dłoń powędrowała do jego szczęki, jej kciuk przesunął się po jego policzku, a potem wargach, zanim przesunął się, by owinąć się wokół jego szczęki, uniosła się i dotknęła ustami jego ust.

Opuściła głowę z powrotem na łóżko i szepnęła - Muszę iść do pracy, kochanie.

- Tak - odpowiedział, po czym opuścił głowę, żeby ją pocałować.

Zrobił to dużo mocniej i dużo dłużej i pocałunek Layne’a był mokry.

Potem zsunął się z niej, patrzył, jak stoczyła się z łóżka i poszła do garderoby.

Dziewczynki.

Pierwszą nazwaliby Cecilia.

*****

Wtorek, 18:53

Layne wbiegł po schodach Rocky, wsunął klucz w zamek jej drzwi i wszedł do cichego światła, cichej muzyki i zapalonych świec w całym pokoju.

Zamknął drzwi i skierował się w stronę kuchni, gdzie stała Rocky w purpurowej koszulce z warczącym białym buldogiem z przodu, a ona patrzyła na niego.

- Pączuszku, doceniam wysiłek, ale muszę ci powiedzieć, że jestem tego pewien.

Uśmiechnęła się, ale położyła ręce na biodrach - Dom nie zawsze musi być wypełniony odgłosami chrupania i chrząkania poduszek naramiennych oraz zapachem stęchłego piwa – odpowiedziała.

– Nie – zgodził się, zrzucając kurtkę i podchodząc do fotela - Czasami musi być wypełniony odgłosami butów ślizgających się po korcie i gwizdkami oraz zapachem nachos z serem.

Rzucił kurtkę na krzesło i odwrócił się w samą porę, by się przygotować, ponieważ Rocky wybiegła z kuchni i właśnie rzucała mu się w ramiona.

Złapał ją w tyłek. Objęła go ramionami i nogami, opuściła głowę i jej usta dotknęły jego, otwierając się. Jego otworzył się w odpowiedzi, a jej język wsunął się do środka.

Pozwolił jej się pocałować, a potem warknął i przejął pocałunek, aż miauknęła, a potem podniosła głowę i spojrzała mu w oczy.

- Złapałeś jakichś złych facetów? - szepnęła, kiedy odprowadzał ją do kuchni.

– Niestety… nie – odszepnął.

Uniosła brwi - Jakieś złe kobiety?

- Tak samo na nie.

- Cholera - Nadal szeptała, a on posadził jej tyłek na blacie.

Trzymała swoje kończyny mocno wokół niego, więc podszedł bliżej i objął ją ramionami.

Layne zmienił temat - Co na kolację?

- Risotto z grzybami.

Nadeszła kolej Layne’a, by unieść brwi - Czy to ma w sobie mięso?

Uśmiechnęła się – Um… nie. Ma w sobie grzyby.

– Pepperoni?

- Nie.

- Kiełbasa?

- Nie.

- Hamburger?

Zaczęła chichotać i wydusiła - Nie.

– Kochanie – szepnął Layne.

- Polubisz to. Ma w sobie dużo parmezanu, a ser sprawia, że wszystko jest super.

Chryste.

Jasper to powiedział, a ona to zapamiętała. Zapamiętała to, co powiedział jego chłopak.

Chryste. Kochał ją.

Nie powiedział jej tego, zamiast tego zapytał - Czy takie będzie moje powitanie w domu każdego wieczoru?

- Czy chcesz, żeby tak było?

- Tak.

– W takim razie tak.

Kurwa, pamiętał to. To się nie zmieniło. Powrót do domu do Rocky zawsze był najlepszą częścią dnia. Zawsze.

Cholera, tak, kochał ją.

- Nakarmisz mnie czy pozwolisz mi się wypieprzyć na kuchennym blacie?

Jej usta zrobiły się miękkie, powieki na pół przymknęły się, ale zapytała - Czy bez jedzenia masz siłę, żeby mnie wypieprzyć na kuchennym blacie?

- Nie jadłem nic od śniadania.

Jej usta wykrzywiły się - W takim razie mam zamiar cię nakarmić.

– W porządku, w takim razie idę po piwo.

Nie pozwoliła mu odejść, a Layne się nie poruszył.

- Pączuszku – ponaglił, gdy jej kończyny napięły się, twarz stała się bardziej miękka, a oczy opadły na jego usta.

Zmieniała zdanie, a Layne’owi spodobał się kierunek, w którym się obróciła, więc wsunął ręce w górę jej pleców.

Potem zamarła.

– Nadal nie mam zasłon – szepnęła.

Gówno.

– Racja – odszepnął Layne. Przysunęła się, dotknęła ustami jego ust i rozluźniła swoje kończyny.

Layne sięgnął piwo. Rocky wypiła kolejny łyk białego wina, zanim wyjęła naczynie z piekarnika. Potem nakarmiła Layne risotto z grzybami i było całkiem dobre.

Ale przydałoby się w nim mięso.

*****

Środa, 16:02

Zadzwoniła komórka Layne’a. Spojrzał z Deva siedzącego naprzeciwko niego w jego biurze na swoją komórkę na biurku. Przeczytał, co mówił mu wyświetlacz, pokazał Devin’owi palec „poczekaj chwilkę”, podniósł komórkę, odebrał i przyłożył do ucha.

- Co się dzieje, pączuszku? - powiedział na powitanie.

– Właśnie wydarzyło się coś dziwnego – odparła Rocky, a Layne spojrzał na Devina, gdy mięśnie jego karku napięły się.

- Co?

- Um… kobieta podeszła do mnie po szkole i rozmawiała ze mną tak, jakby mnie znała. Była naprawdę rozmowna, bardzo przyjazna i, Layne, mówiła przez wieki. Widziałam ją tu czasem, niewiele, ale widziałam. Nazywa się Lissa McGraw. Jest mamą Alexis.

– I – podpowiedział Layne, kiedy się zawahała.

- Cóż, powiedziała, że ty i jej mężczyzna jesteście blisko, jesteście partnerami, a ponieważ jesteście partnerami, wszyscy powinniśmy się poznać i żeby to zrobić, powinniśmy zjeść kolację. Więc tak jakby ustaliła podwójną randkę przed meczem w piątek, a potem powiedziała, że wszyscy możemy iść razem na mecz. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Była tak przyjazna, że nie mogłam odmówić. Um… masz partnera?

Layne odprężył się, usiadł wygodnie i jego oczy opadły na biurko, gdy się uśmiechnął – To kobieta Ryker’a.

– Ryker, to ten wielki motocyklista?

- Tak.

- To twój partner?

- Nie, on nie jest moim partnerem, ale ja jestem jego.

- Co?

- Ryker i ja postrzegamy naszą relację na różne sposoby.

- Och - wyszeptała, a następnie podzieliła się - Jest trochę przerażający.

– Może być – zgodził się Layne - Również bardzo troszczy się o Lissę i jej córkę.

Nastąpiło wahanie, a potem - Więc jest duży, przerażający i wygląda trochę jak szalony wariat, ale to dobry człowiek.

Uśmiech Layne’a stał się większy - Tak, o to chodzi, pączuszku.

- Jemy z nimi kolację?

- To nie jest na szczycie mojej listy rzeczy, które chcę robić, ale mam wrażenie, że wielki, przerażający, szaleńczy wariat Ryker nie ma wielu kumpli. A Ryker mówi mi, że Lissa spędza dużo czasu, przepracując się, aby zapewnić swojej dziewczynie przyzwoite życie i prawdopodobnie z Ryker’em, jej mężczyzną, wyglądającymi jak wariat, ona sama nie ma zbyt wielu lasek dla siebie. Sądzę więc, że rekrutują grupę, a my jesteśmy praktycznie jedynymi kandydatami w mieście, którzy nie odmówiliby im. Nie wspominając już, że Alexis była celem i sprawiliśmy, że była bezpieczna, więc domyślam się, że Lissa jest wdzięczna, a przyjaźń to dobry prezent, gdy nie masz wiele więcej do zaoferowania.

– Więęęc – powiedziała Rocky, przeciągając słowo – Jemy z nimi kolację.

- Nie zabij to nas.

– Lubisz go – zauważyła.

– Jest pewny – odparł Layne.

- Polubiłam ją. Jest miła i to trochę smutne, bo też wydawała się zdesperowana, a nie powinna, bo cóż… była taka miła.

- Dowodzi mojej racji.

– Tak – szepnęła.

– On chce, żeby miała przyzwoite życie, kochanie – odszepnął Layne.

- Nie jest mężczyzną, który dużo mówi, ale z tego, co mówi, nie miała za dobrze w życiu, a on chce, żeby miała dobro.

- Już mnie nie przeraża.

– Nie powinien. Nie mogę powiedzieć, że oddałby za ciebie życie, ale jesteś moją kobietą i jeśli ktokolwiek miałby cię skrzywdzić, nie mrugnie, zanim ich dopadnie i skręci im kark tylko dlatego, że zbudował ze mną więź, a to jest jego rodzaj sprawiedliwości. I nie mówię tego tylko po to, żeby to powiedzieć, Roc. Mam na myśli, że ścigałby ich i skręcił im kark… dosłownie.

Prawie widział, że się uśmiechała, kiedy powiedziała - Teraz zaczynam go lubić.

Layne zachichotał.

- Jesteś zajęty? - zapytała.

- Zawsze jestem zajęty – odpowiedział.

- Pozwolę ci odejść.

– Co dziś na kolację?

- Mięso.

- Tylko mięso?

- Tak, szwedzki stół z mięsem.

– Jesteś pełna gówna – mruknął z uśmiechem.

– Do zobaczenia później – odpowiedziała z chichotem.

- Później, pączuszku.

Rozłączył się, spojrzał na Devina i poczuł, jak mięśnie jego szyi znów się napinają, kiedy dostrzegł wyraz twarzy Devina.

- Co? – zapytał Layne, kiedy Devin się nie odzywał.

Devin potrząsnął głową.

- Co, staruszku?

- Po prostu myślę, myślę o mężczyźnie, który wyszedł przez drzwi i nigdy nie wrócił. Myślę o tym, dokąd poszedł, co zrobił i jak nigdy nie było warto stracić tego, co zostawił. Twój ojciec jest stuprocentowym dupkiem klasy A, chłopcze, skoro odwrócił się plecami i nigdy nie dowie się, jakim mężczyzną się stałeś.

Layne się nie odzywał, paliło go gardło, klatka piersiowa zamarzła, a złoty szlak przeszył jego organizm.

Potem odnalazł swój głos – Chcesz mnie pocałować?

Devin przewrócił oczami.

- Uściskać? - zasugerował Layne.

Oczy Devina zwęziły się.

Layne wpatrywał się w nie. Potem powiedział - Dzięki.

Devin odpowiedział - Racja.

Iść dalej.

– Musisz dostać się do Jeremy’ego – stwierdził Layne.

- Potrzebujemy więcej czasu – stwierdził Dev.

- Prześledziliśmy wszystkich w jej załodze i nie posiadają żadnej własności. Rejestry telefonów pokazują, że dzwoni do nich, ale musi używać jednorazowego urządzenia, aby rozmawiać z klientami. Ona nas nigdzie nie doprowadzi. Merry przesłuchał Jeremy’ego, zanim go wypuściliśmy i on nic nie wie o jej operacji poza jego udziałem. Ona podzieliła ich. Każdy ma swoją pracę i tylko swoją pracę. Nawet gdybyśmy zgarnęli jednego z nich i potoczyli się, może nam nic nie dać. Miejsce sesji zdjęciowej było wynajęte na dzień. Jeremy nie był w stanie znaleźć tego, co ona ma na Rutledge’a. Merry się zdenerwował, by wywrzeć presję na Rutledge’a i wyszedł przed szereg. Rutledge został skonfrontowany z w sprawie telefonu do Giselle, którego nie zgłosił, a następnie nie zastosował się do procedury. Colt i Sully go wsparli. Wszystkie ich tyłki kołyszą się tam teraz. Rutledge miał gównianą wymówkę i jest pełen brawury. Merry i Colt myśleli, że pobiegnie z tym przestraszony, ale trzyma swoje gówno razem. Nic nie dostajemy. Potrzebujemy czasu i Jeremy’ego, żeby kopał, żeby rozmawiała w mieszkaniu, a żeby to zrobić, będzie potrzebował trenera. Ten trener to ty.

– Wezmę go.

- Musisz grać tak mądrze, Dev. Chcemy, żeby się bał, ale nie chcemy, żeby coś spieprzył.

– Nie musisz mi tego mówić, chłopcze.

Layne skinął głową - Chcę wiedzieć, kim są jej klienci, kogo ustawiła na imprezę. Wciągniemy jednego z nich, prawdopodobnie inni się przewrócą.

- Myślisz, że dała to Jeremy’emu? – zapytał Devin, unosząc brwi.

– Nie, ale musimy spróbować.

– Desperackie czasy – mruknął Devin - Ale nawet jeśli go zdobędziemy, to wydarzenie się nie odbyło i nie będzie.

- Nie, ale moglibyśmy ich użyć do konfiguracji. Mogliby zachowywać się na tyle niecierpliwie, by chcieć czegoś, nawet jeśli nie jest to świeże, a ona ma stajnię dziewczyn, mogłaby im to dać. Mogą przynajmniej nas do tego doprowadzić.

Devin skinął głową. Następnie złożył ręce przed sobą w pozycji modlitewnej i przycisnął je do ust, gdy jego oczy stały się intensywne.

Layne wiedział, co to znaczy.

– Masz złe przeczucia – zauważył Layne.

Dev opuścił ręce – Ty nie masz?

– Mam.

- W moim przeczuciu, chłopcze. Jak to pójdzie źle i nie chodzi o to, że prześlizgną się nam przez palce. Nie mogę pozbyć się myśli, że czegoś nam brakuje.

- Czujność.

- Tak.

Spojrzeli sobie w oczy, a potem Devin wstał, gdy rozległ się sygnał dźwiękowy i obaj mężczyźni spojrzeli na monitory i zobaczyli Verę wchodzącą po schodach. Oczy Devina powędrowały do Layne’a - Lubię ją o wiele bardziej, jak nie jest suką dla Rocky.

- Ktoś uczynił mnie takim mężczyzną, jakim jestem.

Devin skinął głową, ale szepnął – To prawda, do pewnego stopnia. Jednak mężczyźni tacy jak ty nie są stworzeni, Tanner. Mężczyźni tacy jak ty po prostu są - Jego oczy zwróciły się na monitor, kiedy Vera prawie dotarła i zauważył - Ale muszę powiedzieć, chłopcze, że twoja matka umie cholernie dobrze gotować.

Po tym wyszedł z biura Layne’a, gdy otworzyły się zewnętrzne drzwi i weszła Vera.

- Devin! - Layne usłyszał jej krzyk - Cieszę się, że wpadłam na ciebie. Flo i Helen przyjdą dziś wieczorem. Robię moją wołowinę i makaron. Pokochasz to.

O cholera. Vera bawiła się w swatkę.

Jego ciotka Flo i przyjaciółka Very, Helen, były singielkami. I w przeciwieństwie do jego matki, która tak bardzo się poparzyła, że już nigdy tam nie poszła, obie były na rynku.

Jego ciotka Flo wyszła za mąż, ale wujek Layne’a Gene zmarł siedem lat temu. Przyjaciółka jego matki, Helen, była zamężna tyle razy, co Devin.

Gdyby Dev zwrócił uwagę Flo, pomyślałby, że umarł i poszedł do nieba, gdzie było dobre jedzenie, dużo uwagi, słuchające ucho i żadnych pytań o jego działalność.

Gdyby Dev zwrócił uwagę Helen, znalazłby się w świecie bólu, ponieważ była naprawdę wymagająca w utrzymaniu.

Flo wyglądała, zachowywała się i ubierała jak jego matka, nie było przykro na nią patrzeć, starała się, miała styl, znała siebie i czuła się dobrze z tym, kim była. Helen wyglądała, zachowywała się i ubierała jak kobieta, która domagała się uwagi i to dużo. To powiedziawszy, była piękną kobietą, nawet w wieku sześćdziesięciu trzech lat.

Gdyby Layne musiał postawić zakład, którą z nich wybrałby Dev, byłaby to Helen.

– Nie wiem, kiedy będę w domu, kobieto – powiedział Devin do Very.

– Och, nawet jeśli się spóźnisz, ogrzejemy ci – odparła Vera.

– Dobrze – mruknął Devin, a Layne wiedział, że odchodzi, ponieważ usłyszał wołanie Very – Do zobaczenia później!

Devin nie odpowiedział.

Vera weszła do biura.

– Cześć, Słonko – przywitała się.

Layne wstał, gdy okrążyła biurko, a on pochylił się, żeby mogła pocałować go w policzek.

– Hej, mamo – mruknął Layne.

Ścisnęła jego ramię, odwróciła się i odeszła. Layne wrócił na swoje miejsce, gdy ona usiadła naprzeciwko niego.

- Właśnie rozmawiałam przez telefon z Rocky. Jutro po jej wyjściu z pracy idziemy na zakupy mebli – oznajmiła, kładąc torebkę na kolanach.

- Co? – zapytał Layne.

- Potrzebujesz stołu w jadalni. Potrzebujesz też czegoś do tej przestrzeni od frontu. Myślę o czytelni. Szezlong. Elegancki stół. Lampa podłogowa.

Pieprzone piekło.

- Mamo…

Przerwała mu - Będę jutro w biurze w ciągu dnia. Rozmawiałam z Dave’m. Powiedział, że potrzebujesz słuchaczy, a ja dobrze słucham. Mogę popracować w biurze, kiedy tym jestem.

Nie miał zamiaru tego odrzucać.

– Mamo, meble…

Vera spojrzała mu prosto w oczy - Czy Rocky w końcu się wprowadzi?

– Tak – odpowiedział Layne.

- W takim razie musisz dać jej dom, do którego może się wprowadzić.

– To już jest dom, mamo, a ona nie narzekała.

- Jak się wprowadzi, ty pójdziesz na zakupy mebli?

- Kurwa, nie.

Wyciągnęła rękę i oznajmiła - Co masz zrobić jutro, zrób dziś.

Miała go tam, więc Layne się uśmiechnął.

– Jesteś świrem – wymamrotał.

– Tak – odpowiedziała z uśmiechem.

– Zostaniesz dłużej w mieście?

Przechyliła głowę na bok i powiedziała - Floryda nie jest wszystkim, czym jest. Mają huragany i nie mają pączków Hilligoss.

To była prawda i Hilligoss był wart powrotu do domu. Tak samo jak bycie blisko jej wnuków, zanim obaj przenieśliby się, aby się kształcić i rozpocząć życie, a także być blisko jej syna, kiedy był szczęśliwy, i wreszcie być blisko Rocky.

– Więc się przeprowadzasz.

Odpowiedziała - Mogę robić twoje księgi.

To nie była recepcjonistka, ale zawsze to coś.

– Dzięki, mamo.

– Nie ma za co, Tanner.

– A tak przy okazji, nie jestem pewien, czy wyświadczysz przysługę cioci Flo lub Helen, swatając je z Devin’em. Nie jest młody, ale to nie znaczy, że nie jest dziki.

Ponownie przechyliła głowę na bok – Swatając go z Flo czy Helen?

- Znam twoją grę.

Uśmiechnęła się i był to uśmiech, którego nigdy wcześniej w życiu nie widział.

Potem nagle wstała, zarzuciła torebkę na ramię i podeszła do drzwi. W drzwiach odwróciła się i skierowała wzrok na jego.

– To nie Flo ani Helen robią mu wołowinę i makaron, Tanner.

Jasna cholera.

Layne wpatrywał się w nią.

Potem zaczął - Ma…

Jej uśmiech stał się leniwy i Layne nie wiedział, co z tym zrobić, bo był mężczyzną, a ona jego matką, do cholery. A jako mężczyzna wiedział, co oznaczał ten uśmiech i miał nadzieję, że na wszystko, co święte, nigdy nie skieruje tego uśmiechu w stronę Devina. Mężczyzna nie miałby szans.

- Przez te wszystkie lata, po twoim ojcu, nigdy nie spotkałam mężczyzny, który byłby wart zachodu, bo dania mi oprócz ciebie, twój ojciec okazał się nie wart zachodu - zauważyła.

- Mamo…

- Do teraz.

O cholera.

- Mamo…

– Do zobaczenia później, Słonko – powiedziała radośnie, odwróciła się i wyszła.

Layne wpatrywał się w drzwi. Potem potrząsnął głową.

Przestał kręcić głową i zaczął się śmiać, sięgając po telefon, by zadzwonić do Rocky.

*****

Czwartek, 18:11

Jego klient podniósł oczy znad teczki, którą czytał i zauważył:

– Nie zajęło to panu dużo czasu.

Layne usiadł naprzeciwko niego przy biurku klienta - Nie był zbyt mądry w ukrywaniu tego – odpowiedział Layne – I nie próbował.

Twarz mężczyzny zamknęła się. Był zawstydzony, a dokładniej upokorzony. I powinien być. Miał pracownika, który defraudował przez ponad trzy lata, a on nie zorientował się aż do około miesiąca przed zatrudnieniem Layne’a, co miało miejsce zaledwie kilka tygodni temu.

Layne przesunął go obok niego.

- Ma też bilet do Argentyny. Wyjeżdża w niedzielę. Więc moja rada, proszę wziąć telefon i zadzwonić na policję.

Mężczyzna skinął głową, sięgając po telefon.

Layne wstał i wyszedł ze swojego biura, ale zatrzymał się i odwrócił, kiedy mężczyzna zawołał jego imię.

- Jak kiedykolwiek potrzebowałby pan referencji, może pan powiedzieć swoim potencjalnym klientom, aby do mnie zadzwonili – stwierdził mężczyzna.

– Będę zobowiązany – mruknął Layne i wyszedł z biura.

Wyszedł z budynku i zbliżał się do Suburban’a, kiedy zadzwoniła jego komórka. Wyciągnął go, spojrzał na wyświetlacz i odebrał telefon.

- Hej, pączuszku.

– Lubisz dąb?

Layne zapiszczał w zamki w Suburban’ie - Słucham?

– Dąb. Drewno. Na stół w jadalni – wyjaśniła - Widzisz, nie lubię dębu. To znaczy jest okej, ale wolę orzech lub wiśnię. Również mahoń. Ale twoja mama i ja znalazłyśmy ten niesamowity stół do jadalni. Krzesła drabinkowe. Jedna pięknie rzeźbiona, gruba, środkowa noga, z czterema szponiastymi łapami wychodzącymi na dole. To jest niesamowite. Dwie deski, żeby mogło siedzieć dziesięć osób. Można było nawet wcisnąć dwanaście na upartego. Idealny stół na Święto Dziękczynienia.

Zanim skończyła mówić, Layne wskoczył do kabiny i zamknął drzwi - Podoba ci się to, kup to.

- Cóż, czy to brzmi jak coś, co lubisz? To znaczy dąb… nie jestem pewna.

– Podoba ci się, kup – powtórzył Layne.

– Layne…

- Roc, naprawdę nie obchodzą mnie meble. Jeśli tam jest, używam go. Nie obchodzi mnie, jak wygląda ani z czego jest zrobiony. Więc jeśli ci się spodoba, kup to.

Milczała.

Kiedy to trwało chwilę, Layne zawołał - Roc?

– Obchodzi cię to – powiedziała cicho.

- Co?

– Obchodzi cię, Layne, i to jest w porządku. Możesz być twardzielem, a także mieć styl. To znaczy, również się ładnie ubierasz.

Layne zamrugał do kierownicy i powtórzył - Co?

Zaśmiała się cicho - Skarbie, w porządku, jeśli cię to obchodzi. Przecież to nie czyni cię mniej mężczyzną.

Co do cholery?

- Uh… Rocky, o czym ty, kurwa, mówisz?

- Twoje ubrania, twoje meble, Layne, są stylowe, ładne. Twoje ubrania sprawiają, że wyglądasz dobrze, zwłaszcza gdy się wystroisz. Zdecydowanie gorąco - Wiedział, że powiedziała to przez uśmiech, ale był zbyt zajęty koncentrowaniem się na skurczach mięśni karku, by to przeniknąć - A twoje meble są fantastyczne. Nie sądziłem, że uda ci się stworzyć taki dom, Layne, ale wygląda świetnie. To znaczy jest wygodny i męski, ale nadal jest atrakcyjny. Kocham to i nie chciałabym nic zmieniać.

Gówno.

– Roc…

- Więc, kochanie, skoro wiesz, co robisz, na swój twardzielowy sposób dekoratora wnętrz, powiedz mi, czy lubisz dąb?

– Roc…

- A może chcesz przyjść i popatrzeć? Może wpadniemy w sobotę.

Zakupy.

Gówno.

Wziął oddech, wypuścił powietrze i podjął decyzję. A podjął decyzję, ponieważ gówno się przydarzało i jeśli jej nie powie, w końcu się jakoś dowie. To gówno potrafiło ujrzeć światło dzienne. Zwykle przez Trippa.

– Nie kupiłem tych mebli, kochanie – powiedział cicho.

- Słucham?

– Albo większość moich ubrań.

Cisza - Słucham?

– Melody zrobiła.

Czekał. Nie odezwała się.

Pieprzone gówno.

- Rocky…

– Um… muszę już iść.

– Roc… – przestał mówić, ponieważ miał martwą ciszę.

- Gówno! - syknął, rzucił telefon na siedzenie pasażera, uruchomił SUV’a i udał się do jej domu.

Półtorej godziny później stał na jej balkonie, paląc papierosa, kiedy patrzył, jak jej samochód podjeżdża i wjeżdża na miejsce obok jego SUV’a. Wysiadła i wyszła spod markizy nad swoimi przestrzeniami, podnosząc na niego wzrok. Potem opuściła głowę i wyszła na chodnik.

Layne podszedł do małego, czarnego stolika z kutego żelaza, który przywiozła z Garden Center i zgasił papierosa w popielniczce, którą dla niego zostawiła.

Był w środku, kiedy weszła przez drzwi.

– Rocky… – zaczął.

Nie spojrzała na niego, kiedy zrzuciła kurtkę i stwierdziła - Potrzebuję trochę czasu w samotności.

Skrzyżował ręce na piersi i powiedział cicho - Kochanie, wiesz, że to nie jest w porządku.

Rzuciła kurtkę na stołek przy barze i odwróciła się do niego - Wiem?

– Odbyliśmy tę dyskusję – przypomniał jej.

- Tak, miałeś w swoim życiu kobiety, odbyliśmy tę dyskusję – zgodziła się - Nie wspomniałeś podczas tej dyskusji, że spałam w jej łóżku.

Kurwa, wkurzał się.

Kontrolował to i odpowiedział - Ona je wybrała. Ja zapłaciłem za to. Śpię w nim. To moje łóżko, Roc.

- Czy ona w nim spała? - Rocky odpaliła.

– Nie rób tego gówna – odparł Layne.

– Spała w nim – mruknęła Rocky, spuszczając głowę i wchodząc do kuchni.

Szedł za nią, ale trzymał się na dystans, zatrzymując się po drugiej stronie baru.

- Jak powiedziałem jakiś czas temu, pączuszku, nie byłem w zawieszeniu, kiedy byliśmy osobno.

Była przy lodówce i wyciągnęła fantazyjne piwo. Otworzyła szufladę, zdjęła kapsel, rzuciła go i otwieracz na blat i odwróciła się do niego, opierając talię na krawędzi, podnosząc piwo i ciągnąc łyk.

Opuściła rękę, jej wzrok dotarł do jego oczu i powiedziała - Wiesz, myślałam.

Wiedział tylko, że to nie było dobre.

– Rocky, nie rób tego – ostrzegł.

– I myślałam, że miałeś rację jakiś czas temu. Pogrywałam z tobą.

Layne milczał.

Rocky nie - Również miałeś rację, że o tym nie wiedziałam, ale myśląc o tym, wiedziałam. Pogrywałam z tobą.

- Gdzie z tym idziesz? – zapytał Layne, chociaż naprawdę nie chciał wiedzieć.

- Więc zapytałem cię tamtego wieczora, czy gdybym to zrobiła, czy zaakceptowałbyś to, a powiedziałeś, że nie wiesz. Co oznacza nie.

- Nie wiesz, co to znaczy. Nawet ja, kurwa, nie wiem, co to znaczy – odparł Layne.

- To znaczy nie.

- Rocky, cholera.

– Ponieważ była w twoim życiu.

Layne potrząsnął głową, ledwo kontrolując swój temperament i czując, że traci cierpliwość – To też wyjaśniłem – przypomniał jej.

- Jak długo była w twoim życiu?

– Chodzi o to, że teraz nie jest.

– Myślała, że jest, zaskakując cię tak jak to zrobiła.

- Szczerze, chcesz to przetworzyć?

– Dodaję dwa i dwa razem, Layne – oznajmiła.

- I, pączuszku, otrzymujesz pięć.

- Nie otrzymuję.

- Kochanie, tak.

- Nie zrobiłbyś tego - stwierdziła w taki sposób, że wiedział, że cokolwiek, do cholery, miała na myśli, było ważne.

- Zrobił co?

- Zrobiłem grę.

- Co zagrałem?

- Dla mnie.

Kurwa!

– Roc…

– Miałeś swoje Melody, swoje Cassie. Nie potrzebowałeś mnie i nie potrzebowałeś grać o mnie. Myśląc o tym, myśląc o tym, jak rozmawiałeś ze mną pierwszego ranka, kiedy przyszłam do twojego domu, nie miałeś zamiaru nas ponownie znaleźć.

Layne zacisnął zęby, a kiedy wygrał walkę o kontrolę, przypomniał jej - Rocky, byłaś mężatką i nadal jesteś.

Jej oczy zwęziły się i odparła - Wiedziałeś, że to koniec, kiedy siedzieliśmy na kanapie Merry’ego i wiedziałeś, że to już dawno minęło. Wiedziałeś, że to złe. A ty nadal ode mnie odszedłeś.

- Teraz stoję tutaj, więc jakie to kurwa ma znaczenie?

- To musiałam być ja, która zaczęłam grać.

Wtedy to stracił.

– Tak, Rocky, to musiałaś być ty, bo, kochanie, ty zostawiłaś mnie. Nie miałem zamiaru znowu się w to rzucać, chyba że wiedziałbym, że tym razem znajdę inne zakończenie.

– Oto jest – oznajmiła – Znowu rzucasz mi to w twarz.

– Jezu Chryste – wymamrotał i spojrzał na nią - Pracujesz na to. Chcesz to. Dam ci to, ale ostrzegam Rocky, powiedziałeś mi w zeszły piątek, żebym nie pozwalał ci robić tego gówna i nie pozwolę ci robić tego gówna. Nie ma tu nic, na co mogłabyś się wkurzać. Jesteś po prostu wkurzona, że jesteś wkurzona, bo boisz się jak cholera.

- Nie boję się – stwierdziła.

- Kochanie, spędziłaś dwie dekady kontrolując wszystko w swoim życiu, więc nie czułabyś tego, co teraz czujesz ze mną. I nie jestem głupi, wiem dlaczego.

- Tak? Ty wiesz? Oświeć mnie, mądry Layne. Czemu? - zapytała z głębokim sarkazmem, a ciało Layne’a napięło się.

– Raquel, uczciwe ostrzeżenie, już jestem wkurzony. Nie denerwuj mnie.

Ty jesteś wkurzony? - zapytała, pochylając się do przodu, jej słowa były sykiem - Ty jesteś wkurzony? Ty pieprzyłeś mnie w jej łóżku. Ty pieprzyłeś mnie w swojej garderobie, ubrany w jej ubrania. I ty jesteś wkurzony?

- Mam w dupie meble i ubrania. Chcesz, rozpal ognisko na moim podwórku, wrzuć to wszystko i zastąp. Nie obchodzi mnie to. To nic dla mnie nie znaczy.

- Melody coś dla ciebie znaczyła.

– Tak, znaczyła, i do cholery pojmij to, Roc. To nie wystarczyło, bo by mnie tu teraz nie było.

– Powinieneś był mi powiedzieć – warknęła.

- Tak? Kiedy? Kiedy jęczałaś dla mnie pod ścianą, czy powinienem szepnąć ci do ucha: „Przy okazji, kochanie, Melody kupiła mi ten garnitur” Czy też, gdy tkwiłaś w swojej głowie z powodu gier mamy i musiałem wyperswadować ci to gówno: „A skoro rozmawiamy o Melody, powinnaś wiedzieć, że to ona wybrała to łóżko”. Jezu, Roc, poważnie?

To właśnie wtedy Rocky przeszła do zabójczego ciosu.

- Nigdy nie miałam orgazmu, z wyjątkiem ciebie i, oczywiście, wywołanego przez siebie. Miałam dwóch kochanków. Mój mąż i ty. W swoim życiu pocałowałam dwóch mężczyzn. Mam trzydzieści osiem lat, Layne, i całowałam w swoim życiu dwóch mężczyzn. Jednego poślubiłam, drugim byłeś ty.

Nie miał pojęcia, dokąd z tym zmierza, ale to nie znaczyło, że nie trafiła bezpośrednio.

– Kochanie… – szepnął.

- Kochałam jednego mężczyznę i to także ciebie.

- Rocky…

- Jesteś piękny i widzę, jak kobiety na ciebie patrzą. Wiem też, co ci zrobiłam. Chyba nie myślisz, że ja się zastanawiam, zwłaszcza gdy cały czas o tym wspominasz, kiedy przypomnisz sobie, co ci zrobiłam i kiedy będziesz się zastanawiać, czy nie jest to warte ryzyka. Jeśli zdecydujesz, że tak nie jest, zaraz tam wrócę, Layne, bez ciebie, a teraz bez Trippa i Jasa. A ty pójdziesz dalej. Zrobiłeś to wcześniej. Możesz mieć kogo chcesz. Pójdziesz dalej. Ale ja nie zrobię tego. Nigdy tego nie zrobiłam, chociaż wyszłam za mąż i wiesz o tym. Ale ty to zrobiłeś. Może nie w ten sam sposób, ale zrobiłeś. I nie walczyłeś o mnie. Podążałbyś dalej i nie musiałbyś robić tego sam. Myślisz, że ty podjąłeś poważne ryzyko zabrania mnie z powrotem. Jak myślisz, co ja czuję? Wiedząc, że w każdej chwili twoje myśli mogą zwrócić się do kogoś, kto będzie wiedział, że ma szczęście, że cię ma, kto nie zrobiłby nic, żeby rozbujać tę łódź, a ty zdecydujesz, że ja nie jestem warta zmartwień i odejdziesz.

Layne wpatrywał się w nią, kompletnie oszołomiony, że cokolwiek z tego gówna tkwiło w jej głowie.

Potem powiedział cicho - Kochanie, to jest totalnie popieprzone.

– Nie jest – oświadczyła.

- Jest.

– Nie, Layne, to nieprawda.

– Chodź tutaj – rozkazał.

– Nie – zaprzeczyła.

- Pączuszku, chodź tutaj.

- Powiedziałam nie.

- Nie zmuszaj mnie, żebym tam przychodził – ostrzegł.

Potrząsnęła głową – Idź do domu, Layne. Muszę to przemyśleć.

– Nie – odpowiedział – Nie, nie musisz. Bo właśnie powiedziałaś mi, o czym myślisz, a każdy ostatni kawałek jest poważnie porąbany.

- Jestem szczera! - zawołała.

- Tak, rozumiem, ale to nie znaczy, że to, co masz w głowie, nie jest porąbane.

- Mówię ci, co myślę.

– I mówię ci, że to jest porąbane.

– Layne…

Layne miał już dość.

- Chryste, Rocky, jestem w tobie zakochany! - krzyknął, pochylając się do przodu i kładąc ręce na barze - Całowałem więcej niż dwie kobiety i pieprzyłem się też częściej, ale zawsze kochałem tylko ciebie. Pocięłaś mnie, kochanie, kiedy mnie zostawiłaś. Bardzo mnie pocięłaś.

Skrzywiła się, ale on mówił dalej.

- Więc, co ci to mówi, że zaryzykowałem? Co ci to mówi? Prawie mnie zniszczyłeś, Rocky, tak bardzo cię kochałem. Cholera, tak bardzo cię kocham. Istniałem przez osiemnaście lat. Teraz znów żyję. I to mi się podoba. Tak mi się podoba, że warto ryzykować. Ty jesteś wart ryzyka. Tak, musiałaś mnie ograć, ponieważ potrzebowałem od ciebie deklaracji. Ale kochanie, nie kazałem ci zbyt ciężko pracować i cholernie wiesz o tym. Zrobiłaś mi to i wróciłaś do mojego życia. Pomyśl o tym, Roc. Daj temu sekundę. Co to mówi o tym, co do ciebie czuję? Czy to mówi, że kiedykolwiek pozwolę, żeby cokolwiek odwróciło moje myśli?

– Layne…

- Zamknij się, pączuszku, weszłaś tutaj pełna nastawienia i właśnie wyplułaś naprawdę głupie gówno. Musisz wyprostować głowę i będziesz trzymać gębę na kłódkę, podczas gdy ja się tym zajmę.

Jej oczy były duże, kiedy szepnęła - Okej.

Layne kontynuował – Melody była w moim domu najwyżej dziesięć minut po twoim wyjściu. Rozpoznała to. Wiedziała, zanim ja się dowiedziałem. Wiedziała, kim jesteś, ponieważ węszyła i znalazła zdjęcia, które trzymałem - Usta Rocky rozchyliły się, a Layne skinął głową - Tak, kochanie, nigdy cię nie odpuściłem. Nigdy. Wszędzie nosiłem cię ze sobą.

– Layne…

- Byłaś tak przerażona, że tego nie widziałaś, ale po moim wstępnym szoku i – jeszcze coś, czego nie złapałaś – złości na widok niemal nagiej kobiety w domu, który dzielę z moimi synami, przestała istnieć. Chodziło o ciebie i twoją reakcję. Melody to złapała, ty nie. Więc teraz cofnij się, kochanie, i zobacz to jej oczami. Dlatego odeszła, bo wiedziała, dlaczego nigdy tam nie dostała się i wiedziała, że to przez ciebie.

– Layne…

- I, zanim odeszła, powiedziała mi, żebym był szczęśliwy. Powiedziała mi, że ma nadzieję, że znów mnie uszczęśliwisz. To kobieta, która wybrała łóżko, w którym śpisz. Nie była tą jedyną, ponieważ ty jesteś, ale jest dobrą kobietą i troszczyła się o mnie. Jak nie miałem ciebie, nie kochasz mnie na tyle, by chcieć, żebym miał przynajmniej to?

– Możesz teraz przestać mówić – szepnęła Rocky.

- Jeśli mogę, to przysuń tu swój tyłek i pokaż mi, że masz wyprostowaną głowę i że puściłeś to gówno, żebym mógł to cholernie zrobić – odpowiedział Layne.

Natychmiast postawiła piwo na blacie, ale podeszła do niego powoli. Nie poruszała się szybko, bo była niezdecydowana. Wiedziała, że go wkurzyła i nie była pewna, co dostanie.

W chwili, gdy znalazła się w jej zasięgu, pochylił się do przodu, złapał ją za nadgarstek i wciągnął w swoje ciało, po czym owinął ją mocno ramionami, przyciągając do siebie.

Z rękami na jego klatce piersiowej, odchyliła głowę do tyłu – Um… – zaczęła.

Przerwał jej - Nie bądź słodka. Słodka mnie wkurzysz.

– Och, okej, nie będę… hm… słodka – wyszeptała niepewnie.

– Roc, jesteś słodka – ostrzegł.

– No cóż… okej. Przestanę - Wciąż szeptała, potem zacisnęła usta, wpatrywała się w niego dużymi oczami, a jej wygląd był niesamowicie słodki.

– Pieprz mnie – mruknął Layne.

- Nadal jesteś zły.

- Kochanie… uh, tak.

Jej ręka wsunęła się na jego szyję.

- Nie złość się, mam głowę wyprostowaną.

- Zamierzasz mnie znowu potraktować tym gównem?

- Postaram się tego nie robić.

- To najlepsze, co masz?

- Uh… - Jej zęby pastwiły się nad jej wargą, a potem kontynuowała - Tak.

- Wezmę to.

Rocky zamrugała. Potem szepnęła - Weźmiesz?

- Uważaj, pączuszku, wezmę od ciebie wszystko.

– Layne…

Czas znowu ruszyć naprzód, do cholery.

- Kupiłaś stół?

Jej ciało szarpnęło się na jego zmianę tematu, po czym odpowiedziała - Nie.

- Nie będę tego oglądać.

- Okej.

- Jak podoba ci się, kup to.

- Okej.

- Jak pozwolisz mojej matce kupić szezlong do tego frontowego miejsca, zarobisz lanie.

Jej ciało znów się szarpnęło, zanim rozluźniło się przy nim.

– Nie martw się – powiedziała cicho - Znalazłam ten duży segment narożny. Przypomina kanapę, ale ma kształt kwadratu. Ty, ja, Jasper i Tripp moglibyśmy się na nim wylegiwać i nie dotykać się. Nie, żebyśmy to robili, uh… ale… Vera i ja wypróbowałyśmy. Jest wygodny.

- Kup.

- Okej - wyszeptała, a potem zawołała - Layne?

- Tak?

Przycisnęła się do niego i dalej szeptała - Przepraszam.

Jego złość ustąpiła, Layne pochylił głowę i dotknął ustami jej ust. Odsuwając się tylko nieznacznie, odszepnął - Wiem.

- Mam na myśli dzisiejszą noc i… - Przesunęła wzrok z jego oczu na ramię, a potem patrzył, jak zmusza się, by spojrzeć z powrotem na niego, a jej głos był ledwo słyszalny, kiedy powiedziała - Wtedy.

O, Boże. Jezu, Boże. To było dobre. Jezu, potrzebował tego. Nie wiedział o tym, ale mając to, wiedział, że tego potrzebował.

- Wiem - Jego głos też był ledwo słyszalny.

- Zawsze cię kochałam.

- Wiem.

– I umm… chociaż to ja sama sobie to zrobiłam, umm… możesz zapytać Merry’ego, nigdy nie lubiłam się dzielić.

Layne wpatrywał się w swoją kobietę sekundę, która przeszła w dziesięć.

Potem wybuchnął śmiechem.

*****

Piątek, 23:38

– Kurwa, kochanie, chodź tutaj – jęknął Layne.

Nadal pracowała na jego kutasie ustami. Jej ręka owinęła się wokół podstawy, była na kolanach między jego nogami i widział, że były szeroko rozłożone, a jej druga ręka pracowała nad łechtaczką. I wiedział, że jej się to podobało, zbliżała się, ponieważ czuł, jak jej jęki wibrują na jego obolałym, twardym jak skała kutasie.

– Rocky, chodź tutaj – warknął.

Poruszała głową, w górę iw dół, usta, język, ssanie, Jezu.

– Roc…

Jej usta nagle go uwolniły, a on patrzył, jak jej głowa odlatuje do tyłu, jej usta rozchyliły się, twarz zarumieniła. Doprowadziła się do dojścia. Kurewsko piękna.

Sięgnął w dół, chwycił ją za pachy, szarpnął ją na swoje ciało, obrócił ją, ustawiając między nogami, które dla niego rozłożyła, wjechał w nią. Mocno. Szorstko. Bez kontroli.

– Layne – wydyszała.

– Weź mnie – mruknął.

- Tak, Boże, tak.

– Weź mnie, Rocky.

– Mocniej, Layne.

Pieprzył ją mocniej, a jej pięty wbijały się w tył jego ud, gdy unosiła biodra, by się z tym spotkać.

– To się powtórzy – jęknęła.

- Pozwól.

– Layne, o Boże - Jej plecy i szyja wygięły się w łuk, jej pięty wcisnęły głębiej, jej ciało się zablokowało, ale jej cipka zacisnęła się wokół jego kutasa i niski, głęboki, długi jęk wysunął się z jej gardła.

Layne wsunął rękę w jej włosy. Ustawił jej głowę i chwycił jej usta, pochłaniając jęk, a następnie zamieniając go na swój, gdy wbił się głęboko, aż do korzenia, wbijając się w nią i eksplodując.

Kiedy skończył, ponownie zaczął głaskać, te były powolne, leniwe, gdy jego usta badały jej szyję i gardło. Jej ręka przesunęła się na jego plecach, druga przesuwała się po jego włosach, jej nogi owinęły się teraz wokół jego talii.

Wypełnił ją, a jego usta przesunęły się w górę jej szyi, jego zęby przygryzły jej płatek ucha, zanim zażądał - Następnym razem, gdy sprawisz, że dojdziesz w ten sposób, zrób to z moim kutasem w tobie.

- Był we mnie - szepnęła.

- Mówię o alternatywnej lokalizacji.

Odwróciła głowę i poczuł, jak jej usta uśmiechają się na jego szyi.

Potem powiedziała tam - Okej.

To była Rocky, jego kobieta, gotowa na wszystko.

– Muszę się umyć – szepnęła mu do ucha.

- Nie, wciąż jestem twardy.

– Layne…

- Możesz się umyć, kiedy nie będę twardy.

Chwila wahania, a potem - Okej - a potem wszystkie cztery jej kończyny owinęły się wokół niego.

Trzymała go blisko, dopóki się nie wysunął, przetoczył, a ona dalej potoczyła się, wychodząc z łóżka. Ale wróciła, położyła kolano na łóżku przy jego biodrze, oparła się o niego, dotknęła ustami jego i szepnęła - Kocham cię, kochanie.

Zanim zdążył odpowiedzieć, odeszła, odwróciła się i nago poszła do łazienki.

Kiedy stracił ją z oczu, Layne przesunął się pod kołdrą, ułożył się wygodnie głową do poduszek. Podniósł ręce do twarzy i potarł nimi mocno.

Adrian Cosgrove został zatrzymany bez kaucji.

Rocky i Vera znów były jak papużki nierozłączki.

Adwokaci Rocky zadzwonili tego dnia, aby powiedzieć, że Astley w końcu zgodził się na ugodę i że są w toku, jej rozwód będzie ostateczny za niecały miesiąc, a za namową Layne’a rzeczywiście czyściła go z wszystkiego. Nieco niepokojące było to, że Astley jej pozwolił.

Layne nie zastanawiał się nad tym. Miał gdzieś motywacje Astley’a. Zależało mu tylko na tym, żeby dokumenty wkrótce zostały podpisane, a w dniu, w którym to zrobią, założy na jej palec ogromny, pieprzony kamień. Widział pierścionek, który dał jej Astley. To nie było ostentacyjne, ale stanowiło oświadczenie.

Layne’a miał być większy.

Stew przeprowadził się dalej, mieszkał ze swoją laską na parkingu przyczep, ale podobno przeprowadzał się z nią do mieszkania w miasteczku. Nie miał nic przeciwko, by Gabby o tym wiedziała, ponieważ paradował przed Gabby podczas meczu pięć razy (Layne nie zwracał na to uwagi, ale Rocky policzyła i podzieliła się tą informacją). Gabby się to nie podobało i zrobiła niefortunną zabawę, pozwalając na to przedstawienie. Nie widziała, że zdzira była zdzirą, a Gabby była lepszą zdobyczą. Ale to była Gabby, zawsze podejmująca złe decyzje.

Layne i Rocky zjedli kolację z Ryker’em i Lissą. W sytuacji towarzyskiej Ryker był nie mniej Ryker’em, ale kobieta Layne’a była na tyle szalona, by uznać go za czarującego (tak brzmiały słowa Rocky). Ona i Lissa natychmiast nawiązały więź z jakąś kobietą z miasteczka, która robiła tak dobre manicure, obie uznały manikiurzystkę za „artystę”. Zanim opuścili Franka, kobiety planowały zrobić sobie manicure w następną sobotę, a następnie zjeść lunch w The Station.

Bulldogs ponownie wygrali, a Jasper i Layne rozmawiali przez pół godziny przed meczem o tym, jakie wizyty na uniwersytetach zamierza przyjąć. Miał tylko tyle i się dokładały. Dodano Purdue, podobnie jak Indiana University i Michigan. Jasper pochylał się w kierunku Ball State. To była alma mater jego taty i dobra szkoła.

To po prostu nie było Purdue.

Layne pozwolił, by Ball State został skreślony na liście, ale pierwsza wizyta miała się odbyć w West Lafayette w stanie Indiana. Jasper się zgodził.

Było już prawie gotowe, prawie tam byli. Musieli po prostu zniszczyć Rutledge i Towers, a wtedy życie mogło być życiem.

Jego oczy skierowały się na łazienkę, gdy zauważył tam ruch, a oddech uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył Rocky w wyblakłej, czerwonej koszulce z łuszczącą się naklejką Ball State. To była pierwsza, którą skonfiskowała mu dwadzieścia jeden lat temu. Pamiętał ją, ponieważ to była jego ulubiona koszulka i wiedział z jeszcze głębszą wiedzą niż wcześniej, że kochał ją, kiedy zrezygnował z niej bez walki.

Przeszła dumnie na swoją stronę łóżka, odsunęła kołdrę i wsunęła się płynnie. Przesunęła się do niego, sięgnęła przez niego i zgasiła światło.

Potem przyszpiliła go do łóżka.

– Kochanie – wymamrotał grubym głosem.

- Tak?

– Koszulka

Przycisnęła się bliżej.

– Nie byłeś jedynym, który nie odpuścił – szepnęła.

Ramię Layne’a zacisnęło się wokół niej, jego ręka mocno ścisnęła jej biodro, a druga ręka uniosła się i wsunęła w jej włosy.

- Chociaż powinnam zauważyć, Jarrod nie był wielkim fanem tego, jak nosiłam to do łóżka.

Ciało Layne’a znieruchomiało.

- Co robiłam - ciągnęła.

Layne pozostał nieruchomy i milczący.

– Często – dokończyła.

Layne nie poruszył się ani nie odezwał.

Rocky też nie.

Dopóki nie wyszeptała - Wiem, że to było zdzirowate z mojej strony, Layne. Ale, mam na myśli, był palantem i ciągle rzucał mi cię w twarz. Pomyślałam więc, że skoro on tego nie przezwyciężył, a ja nigdy nie przebolałam ciebie, przynajmniej powinnam być szczera.

Layne milczał.

– Zasłużył na to – mruknęła.

Ciało Layne’a w końcu się poruszyło, ale było to wbrew jego woli. Zrobiło to, by trząść się ze śmiechu.

Podniosła głowę – Zasłużył, Layne, poważnie. On…

– Kochanie – wydusił z siebie zdławionym głosem.

– Myślisz, że jestem suką – błędnie domyśliła się.

- Kochanie - powtórzył, ale nie był w stanie powiedzieć więcej.

- Zaufaj mi, Layne, nie jestem suką. Potrafił być dla ciebie złośliwy.

Wtoczył się w nią, jego dłoń w jej włosach przesunęła się po jej ustach - Kochanie, zamknij się.

– Okej – powiedziała pod jego ręką.

Layne poruszył ręką, spuścił głowę i wtulił twarz w jej szyję, gdzie wciąż cicho się śmiał.

- Czy ty się śmiejesz? - wyszeptała, w końcu wyczuwając sposób, w jaki poruszało się jego ciało, nie wspominając już o jego śmiechu.

– Cholera, tak – odpowiedział.

- Oh.

– Nosiłaś moją koszulkę do jego łóżka – stwierdził Layne.

– Tęskniłam za tobą – szepnęła.

Layne znowu znieruchomiał. Potem jego głowa odchyliła się do tyłu i ryknął śmiechem.

- Layne!

– Nosiłaś moją koszulkę do jego łóżka – wykrztusił Layne.

- Okej, teraz myślę, że postępowałam jak suka.

– Nosiłaś moją koszulkę do jego łóżka – powtórzył Layne, wciąż dławiąc się swoją wesołością.

- Przestań się śmiać!

- Otulałaś się we mnie i wślizgiwałaś się do jego łóżka - ciągnął Layne, a jego ciało trzęsło się tak mocno, że łóżko poruszało się razem z nim.

Kochał to. Uwielbiał to wiedzieć. Uwielbiał, że to zrobiła. Kochał w tym wszystko. I nie obchodziło go, co to mówiło to o nim lub o niej. Po prostu to kochał.

- Layne! - krzyknęła - Przestań się śmiać!

- Tato! - Obaj usłyszeli krzyk Jaspera i oboje znieruchomieli - Jesteśmy w domu!

– Racja, stary – odkrzyknął Layne - Mieliście dobry wieczór?

- Tak! - Jasper wciąż krzyczał.

- Hej, tato! - wrzasnął Tripp.

– Hej, kolego – odkrzyknął Layne.

- Hej, Rocky! - Tripp wciąż krzyczał.

- Hej, Tripp! - Rocky teraz krzyczała.

- Idziemy w wyrko! - krzyknął Jasper.

– Rozumiem – odkrzyknął Layne.

- Do zobaczenia rano! - wrzasnął Tripp.

– Dobra, kolego, dobranoc – odkrzyknął Layne.

- Noc, tato. Noc Rocky - wrzeszczał Tripp.

– Noc, Tripp – odkrzyknęła Rocky i ciało Layne’a znów zaczęło się trząść.

- Noc, Roc! - krzyknął Jasper - Później, tato.

- Noc, Jas! - Rocky krzyknęła i słychać było śmiech Layne’a.

Mimo to zdołał krzyknąć - Później, kolego.

W ciemności poczuł na sobie wzrok Rocky, a potem powiedziała przerażonym szeptem – Jezu, jesteśmy cholernymi Waltonami.

W tym momencie Layne znów ryknął śmiechem.

*****

Sobota, 2:32 w nocy

Tanner Layne spał z Raquel Merrick przyszpilającą go do łóżka.

Miał dobre sny.

*****

Rocky otworzyła oczy i zobaczyła tylko ciemność.

Ciemność.

Poczuła, jak wciska się w nią, jakby to był fizyczny ciężar, ciężki ciężar na jej skórze.

Jej oddech stał się ciężki.

Widziała tylko ciemność, ale czuła tylko Layne’a.

Pozwoliła, by ciepło jego ciała wsiąkło w nią, czując jego siłę pod ramieniem, policzkiem, nogą i torsem.

Wzięła głęboki, spokojny oddech i wpatrywała się w ciemność, wciągając ciepło Layne’a, jego siłę.

Wykorzystała go, by to odeprzeć, zamknęła oczy i spała, przyszpilając swojego mężczyznę do łóżka.

 


 

3 komentarze: