sobota, 4 czerwca 2022

8 - Pasujecie do siebie (cz.2)

 

Rozdział 8

Pasujecie do siebie (cz.2)

 

*****

Layne był wyciągnięty na swojej kanapie, z komórką na podłokietniku, stukając w nią palcem.

Jego stopy oparte na stoliku do kawy, otaczały pozostałości po niedzielnym oglądaniu piłki nożnej z jego chłopcami w domu. Puste torby po chipsach. Miska wysychającego, przyprawionego, sosu z niegdyś-roztopionego żółtego sera. Paczki z popcornem z mikrofali. Puste puszki po napojach i butelki po piwie. W większości puste pudełka po ciastkach.

Tripp był na górze, przy komputerze Layne’a, odrabiając pracę domową.

Jasper siedział w fotelu po lewej stronie maratonu na kanapie, pisząc SMS-a do Keiry, jego kumpli i połowy populacji Indiany.

Było już po szóstej, zapadała noc i Rocky nie zadzwoniła.

Layne podjął decyzję.

Właściwie zrobił trzy.

– Jas – zawołał Layne i głowa Jaspera podniosła się - Mam sprawy do zrobienia. Jutro rano dam ci pieniądze, a ty i Tripp musicie wpaść po treningu do sklepu spożywczego.

- Po co? – zapytał Jasper, a oczy Layne’a omiotły stolik do kawy, zanim wróciły do syna.

– Po wszystko – odpowiedział, a Jas się uśmiechnął - Zbierz to gówno przed pójściem spać dziś wieczorem, tak? - Layne wskazał, o co mu chodziło, pochylając głowę w stronę stolika do kawy.

Jasper westchnął i skinął głową.

- Mam dla ciebie inne zadanie – ciągnął Layne.

- Co? - spytał Jasper, nie wojowniczy, nastoletni dupek, po prostu zrezygnowany, nastoletni dzieciak. Myślał, że dostanie więcej obowiązków, ale nie był nastawiony na rzucanie charakterkiem.

Postęp.

Layne zdjął stopy ze stolika do kawy, położył je na podłodze i oparł łokcie na kolanach, nie spuszczając wzroku z syna - Chcę, żebyś załatwił mi harmonogram pracy twojej mamy.

Jasper wyprostował się w swoim fotelu - Czemu?

Layne powiedział mu wprost - Ponieważ mam dwie opcje w tym starciu z Stew. Dobieram się do niego w pracy, mam świadków. Nie obchodzi mnie to, ale to gówno może wrócić do twojej mamy. Jak  dobiorę się do niego w domu, jak mama będzie w pracy, nie mam świadków i tylko od Stew zależy, czy zechce się podzielić. Myślę, że nie będzie chciał się dzielić. Wybieram opcję drugą. Nie wiem, kiedy to zrobię, ale pomoże mi wiedza o tym, kiedy twoja mama wychodzi z domu.

Jasper wpatrywał się w niego przez chwilę, zanim skinął głową.

Layne złapał swój telefon i wstał z kanapy, mrucząc - Im szybciej, tym lepiej, kolego.

- Dobrze - odpowiedział Jasper.

Wstając, Layne spojrzał na syna – Bądź sprytny, tak? Nie chcę, żeby się w to wtrącała.

- Będę sprytny – zapewnił Jasper, a Layne wiedział, że będzie.

- Muszę wyjść. Nie wiem, kiedy wrócę. Biorę swoją komórkę, jak potrzebujesz czegoś, dzwoń.

- Dobrze, tato.

Layne odwrócił się do kuchni, mówiąc - Później, kolego.

- Później, tato.

Layne poszedł do kuchni, krzycząc po schodach - Wychodzę, Tripp!

- Dobrze, tato! - odkrzyknął Tripp.

– Pomagasz bratu posprzątać bałagan w salonie, rozumiesz?

- Dobra!

Layne chwycił kluczyki, poszedł do SUV’a i pojechał do Rocky.

Merc był zaparkowany na jej miejscu.

Ustawił Suburban’a obok niego i nie spieszył się, wyłączając zapłon, zeskakując z SUV’a i idąc do jej mieszkania.

Zrobił to, starając się kontrolować swój temperament.

Ostatni wieczór nie był dobry i Rocky odeszła w bardzo emocjonalnym stanie, który pogarszał fakt, że poczuła się upokorzona po upadku. Mimo że to absolutnie nie było fajne, że zniknęła, były powody i Layne wiedział, że musi zająć się tą sytuacją ostrożnie.

Nacisnął jej brzęczyk i czekał. Zajęło to trochę czasu, ale drzwi otworzyły się na kilka centymetrów. Layne widział Rocky z włosami związanymi w kucyk przez lśniący srebrny zatrzask, który zabezpieczał drzwi.

Layne stracił kontrolę nad swoim temperamentem.

– Otwórz zatrzask, Rocky – rozkazał.

– Layne, teraz nie jest dobry czas. Mam prace uczniów do oceny.

Jego kontrola spadła bardziej.

– Otwórz zatrzask – powtórzył.

– Naprawdę, Layne, mówię poważnie. To zajmie cały wieczór.

Jego kontrola spadła jeszcze bardziej.

– Otwórz pieprzony zatrzask, Roc.

– Nie sądzę…

Stracił panowanie nad sobą.

- Dobrze, więc cofnij się – zażądał.

Przez małą przestrzeń zobaczył, jak jej oczy się rozszerzają - Czemu?

– Bo nie chcę, żebyś została zraniona, kiedy kopnę te cholerne drzwi – wycedził.

Przyjrzała mu się i zobaczył, że od razu zrozumiała, że to nie czas na gapienie się. Drzwi zamknęły się i otworzyły natychmiast. Layne położył na nich rękę i wepchnął się do środka, rzucając drzwiami za sobą tak mocno, że zatrzasnęły się.

Rocky cofała się. Włosy upięte w ten przeklęty kucyk. Spłowiałe dżinsy wiszące nisko na biodrach i przylegające we wszystkich właściwych miejscach, rozcięcie na lewym kolanie. Obcisła niebieska koszulka z napisem „Butler” na piersiach. Bandaż elastyczny owinięty ciasno wokół jej prawego nadgarstka.

Bandaż powinien był przypomnieć mu, że powinien poświęcić minutę na cholerne uspokojenie się.

Tak się nie stało.

Posuwał się naprzód, a ona cofała się.

- Layne… - zaczęła, unosząc zabandażowaną rękę.

Przerwał jej - Mieliśmy plany na dzisiaj.

Ciągle się wycofywała. Layne posuwał się dalej.

- Wiem, ale zmieniłam zdanie - powiedziała mu.

Przechylił głowę na bok i wepchnął ją do kuchni – Zmieniłaś zdanie?

– Tak, zmieniłam zdanie - Uderzyła w blat i wygięła plecy.

Layne wtargnął w jej przestrzeń i nacisnął, kładąc ręce na blacie po obu stronach jej talii, pochylił głowę do przodu, by na nią spojrzeć.

- Myślisz, że może chciałabyś mi powiedzieć, że nastąpiła zmiana planów?

- Ja…

– Może odebrać jeden z czterech razy, kiedy do ciebie dzwoniłem?

– Layne, to…

- Oddzwonić po tym, jak zostawiłem wiadomość?

- Myślałam…

- Gdzie byłaś cały dzień?

Jej głowa drgnęła - Co?

- Gdzie byłaś cały dzień?

- Ja… gdzieś poszłam. Pomyśleć.

- Gdzie?

- Gdzieś, Layne! - warknęła - Czy mógłbyś się cofnąć?

- Gdzie byłaś cały dzień?

– To nie twoja sprawa, Layne. Cofnij się!

Layne pochylił głowę głębiej i prawie dotknął jej twarzy - Gdzie do cholery byłeś cały dzień! - ryknął.

- Cofnij się! - krzyknęła.

- Rocky, jak pracujemy przy operacji, to ty cholernie nie znikasz w środku pieprzonej operacji!

- Jak widać, było dobrze!

- Tak, ale przez cały dzień o tym nie wiedziałem!

- Teraz wiesz!

Wrócił do swojego wcześniejszego tematu - Gdzie byłaś cały dzień?

– Layne…

- Powiedz mi, do cholery! - krzyknął.

- Na grobie mamy! - odkrzyknęła i Layne zesztywniał – Odsuń się!

Jego głos ucichł, kiedy zapytał - Byłaś na grobie swojej matki?

- Tak. Idę tam, kiedy muszę pomyśleć. A teraz cofnij się.

Nie cofnął się. Pchnął do przodu.

– A o czym myślałaś Roc?

Potrząsnęła głową, spojrzała mu w oczy i oświadczyła - Rzucam.

– Rzucasz?

- Tak.

– Co rzucasz?

- Naszą operację.

– Rzucasz z naszą operację – powtórzył Layne.

– Tak – syknęła Rocky.

Layne spojrzał na nią groźnie, po czym jego spojrzenie przeszło nad jej ramię i wpatrywał się w wyłożony czarnymi kafelkami tył kuchni.

– Cofnij się – zażądała.

Spojrzał na nią - Nie możesz przestać. Jesteś moją przykrywką.

- Mogę. Oboje wiemy, że to bzdura. Możesz robić swoje bez mojej przykrywki.

– Tak, to była prawda dwa tygodnie temu. Teraz, odkąd zaczęliśmy to gówno, całe miasto jest w to wmieszane, a ty nawiązujesz więź z Rutledge’m, to nieprawda.

- Jestem pewna, że możemy coś wymyślić.

- Jesteś pewna? – zapytał.

– Tak, jestem pewna – odpowiedziała.

- Jak pewna, Roc?

Bardzo pewna, Layne. Teraz prosiłam cię, cofnij się.

– Tripp mówi cześć.

Znieruchomiała i spojrzała na niego, jej twarz pobladła.

W tym momencie zbyt wkurzony, żeby z tym zrobić cokolwiek, Layne pchnął to – A Jasper chce, żebym z tobą porozmawiał o przyjściu, kiedy zrobi zapiekany makaron dla Keiry. Najwyraźniej Keira uważa, że jesteś gównem. A ja wiem, że Jas uważa, że Keira jest gównem. Chce jej zaimponować, a jest moim chłopcem, więc chcę, żeby miał to, czego chce.

– Layne – szepnęła.

- Masz nas wszystkich w swoich sidłach, pączuszku. Jesteśmy w tym uwiązani. Nie możesz nas odciąć tylko z powodu tego, co do cholery dzieje się w twojej głowie. Tym razem, mała, z moimi chłopcami w miksie, nie możesz nas odciąć i iść swoją cholerną wesołą drogą, ponieważ nie pozwolę ci nas odciąć.

- Layne - powtórzyła kolejnym szeptem.

- Nie rezygnujesz. Nie wycofujesz się. Wiem, że jesteś w tym dobra, pączuszku, ale muszę cię rozczarować. Tym razem dopilnujesz tego aż do pieprzonego gorzkiego końca.

Odsunął się od blatu i podszedł do lodówki. Otworzył ją i zobaczył dwie brązowe butelki wymyślnego piwa. Złapał jedną i zamknął lodówkę. Podszedł do blatu i stwierdził, że trzymałaby przybory blisko lodówki. W miejscu, w którym przygotowywała jedzenie, rozsądniej było nie musieć daleko iść, aby dostać to, czego potrzebowała. Otworzył szufladę i znalazł otwieracz do butelek. Użył go, przerzucił kapsel na blat, wrzucił otwieracz do szuflady i zamknął ją biodrem.

Potem odwrócił się do niej, zanim pociągnął łyka.

Nadal była przyciśnięta do blatu, przy którym ją zostawił, z łokciami cofniętymi, dłońmi na blacie. Jej oczy były zwrócone na niego, a on nie pozwolił sobie na przetworzenie wyrazu jej twarzy.

Kiedy opuścił rękę, powiedział - Musisz zaopatrzyć się w przyzwoite piwo, mała. Bud, Coors, Miller. Butelki czy puszki, mam to w dupie - Podniósł butelkę - To gówno jest do bani.

Potem przeszedł obok niej i wszedł do salonu.

Zobaczył, że Raquel go przekształciła przez dwa tygodnie. Nawet nie wiedział, że można tak szybko zdobyć meble. Pod tylną ścianą stała ciemnofioletowa kanapa głęboko osadzona i amortyzująca, zachęcająca. Fotel w kolorze ciemnoszarym z dużym podnóżkiem z przodu, równie zachęcające. Duży, czarny lakierowany, kwadratowy stolik kawowy, wszędzie porozrzucane papiery, prace jej dzieci.

Kieliszek do wina z dużą czaszą, napełniony do połowy czerwonym winem i kilka czerwonych długopisów wśród papierów. Tu i tam świece, wszystkie się paliły, przez co pachniało jagodami.

Podszedł do kilku czarnych lakierowanych półek obok kominka, na których znajdowały się książki i wieża stereo. Z opóźnieniem zauważył, że grała muzyka. Rock’n’roll, ale cichy. Wyłączył muzykę, zauważył pilota siedzącego u podstawy stylowej lampy na stoliku, również czarnego lakieru. Podszedł do niego, złapał go, włączył telewizor z płaskim ekranem, który stał na stojaku w rogu i odkrył, że miała już zainstalowaną kablówkę. Znalazł mecz i rozciągnął się na jej kanapie.

Było wygodnie, poduszki miękkie, jego ciało zatonęło. Kurwa, mógłby tam spać. Chwycił dużą ozdobną poduszkę w szarości, fiolety i czernie, wsunął ją za głowę na podłokietnik i jego oczy powędrowały do gry.

Dawał jej coś do zrozumienia.

Rocky nie załapała tego.

Zajęło jej to chwilę, ale wyczuł, jak się zbliżyła i, chociaż nie znajdowała się w jego polu widzenia, poczuł jej obecność, gdy podeszła do stolika do kawy.

– Może powinieneś iść do domu – zasugerowała cicho.

– Nie – odparł Layne, nie odrywając wzroku od telewizora. Wziął łyk piwa, opuścił rękę i położył butelkę na brzuchu - Rutledge mieszka w jednostce G, mieszkaniu jeden. Nie spojrzałem, kiedy wjeżdżałem, ale jeśli wyszedł, musi przejechać obok twoich miejsc parkingowych, jak będzie wracał. Jak jest w środku, widzi mój samochód ze swojego frontowego okna.

Nie odpowiedziała. Usłyszał jej ruch, ale nie patrzył na nią. Kilka minut później zobaczył, jak jej lewa ręka sięgała po kieliszek wina. Przesunął na nią wzrok i zobaczył ją, że siedziała ze skrzyżowanymi nogami na podłodze przy stoliku do kawy, z głową opuszczoną do dokumentów, z czerwonym długopisem w palcach zabandażowanej dłoni, lewym łokciem na stole, z wysoko uniesionym kieliszkiem.

– Co z bandażem, Rocky? – zapytał.

Nie podniosła wzroku znad swoich papierów, kiedy odpowiedziała - Wszystko w porządku.

– Nie o to pytałem, pączuszku.

Odwróciła głowę do niego i odstawiła kieliszek wina. Nie miała makijażu i to było do bani, ale nie mógł powstrzymać się od myśli, że nie widział jej ładniejszej, odkąd wrócił do domu.

– Zraniłam zeszłej nocy – odpowiedziała - Obudziłam się i miałam spuchnięty nadgarstek. Po pierwsze poszłam do kliniki. Zrobili prześwietlenie i powiedzieli, że jest zwichnięty. Zabandażowali go i dali mi tabletki przeciwbólowe. Nic wielkiego. Nic mi nie jest.

Potem spojrzała z powrotem na swoje papiery.

Layne obejrzał się na telewizor, pociągnął kolejny łyk piwa i starał się nie myśleć o tym, że Rocky zraniła się w desperackiej próbie ucieczki od niego i Melody, obudziła się sama z opuchniętym nadgarstkiem i znowu całkiem sama udała się do cholernej kliniki i odczuwając fizyczny ból.

Próbował o tym nie myśleć, ale mu się to nie udało.

Minuty mijały i usłyszał, jak mówi cicho - Przyjdę… dla Jaspera.

Layne nie spuszczał wzroku z telewizora - Racja.

– Tylko powiedz mi, kiedy mam tam być – ciągnęła.

- Dobra.

Zamilkła.

Minęło więcej czasu, zanim zapytała - Jadłeś kolację?

- Nie, ale miałem dość śmieciowego jedzenia, kiedy oglądałem mecze z moimi chłopcami, aby zachować moje ciało do końca świata.

Zawahała się, zanim kontynuowała - Czy chcesz mieć coś przyzwoitego w żołądku?

Odwrócił głowę do niej – Jak jesteś głodna, Roc, jedz. Ale ja nie potrzebuję.

– Nie jestem głodna – szepnęła.

Patrzył jej w oczy.

Spojrzała na swoje papiery.

Jej gruby kucyk opadł przez ramię do przodu, zwijając się wokół jej szyi. Patrząc na to, Layne odczuwał nieodpartą potrzebę stoczenia się z kanapy i wyciągnięcia gumki z kucyka, a następnie podniesienia jej, zaciągnięcia na kanapę i wciśnięcia jej ciała głęboko w nią pod jego ciałem, a następnie zanurzenia dłoni w jej długich włosach i, po zrobieniu jej innych rzeczy, zatopieniu w niej swojego kutasa.

Nie chciał mieć tego pragnienia, ale musiał przyznać, że je miał.

Podniósł swoje piwo, wziął kolejny łyk i stoczył się z kanapy. Postawił piwo na przestrzeni wolnej od papierów na stole. Odchyliła głowę daleko do tyłu, żeby na niego spojrzeć, ale on wyprostował się, obejrzał mieszkanie i zobaczył jej klucze na blacie.

Podszedł do nich, złapał je, a kiedy odwrócił się do drzwi, zobaczył, że wykrzywiła tors, by na niego spojrzeć.

– Wrócę – mruknął, wyszedł z mieszkania, zbiegł po schodach do swojego SUV’a. Otworzył je piknięciem, przeszedł na stronę pasażera, otworzył drzwi sięgnął do schowka i złapał papierosy. Zamknął schowek, potem samochód, zapikał w zamki. Podbiegł z powrotem, wszedł i, nie patrząc na nią, podszedł prosto do drzwi balkonowych, pochylając się lekko, by po drodze upuścić klucze na stół - Mam papierosy.

Przekręcił fantazyjny zamek, zauważając z pewną irytacją, że jeśli ktoś zdołałby wdrapać się po ścianie na balkon, co było niezbyt trudne z wysokimi drzewami po obu stronach, mógłby wybić szybę, sięgnąć i otworzyć ten zamek. Takie drzwi zewnętrzne powinny otwierać się tylko za pomocą klucza. Uniósł wzrok, sprawdzając czujniki bezpieczeństwa i zobaczył je na oknach, ale nie na drzwiach. Gówniany błąd i tandetna robota. Nikt nie rozbiłby tych ogromnych szklanych płyt, żeby wedrzeć się do mieszkania. Przejdą przez pieprzone drzwi.

Odłożył to na bok, do porozmawiania z nią później, nacisnął klamkę i wyszedł na balkon. Wyjął zapalniczkę z paczki papierosów, wytrząsnął papierosa, wsadził go sobie do ust, zacisnął dłoń na zapalniczce i odpalił.

Wsunął zapalniczkę z powrotem do paczki, położył ją na poręczy, podniósł głowę i wypuścił dym, skanując jej widok i zastanawiając się, co dalej.

Można powiedzieć, że nie obchodził się z tym ostrożnie i byli w tym na dłuższą metę. Wyczuwał, że na pewno zrozumiała to, o co mu chodziło, ale coś musiała zmienić. Nie mogli tak dalej żyć. Po pierwsze, musiał wiedzieć dużo więcej o jej życiu, a nie chciał wiedzieć. Chciał i przyznawał to, ale też nie chciał. Ale musiał zapewnić jej bezpieczeństwo, kiedy to gówno się działo, a skoro niewiele wiedział o jej życiu, jej przyjaciołach i harmonogramie, byłoby to trudne. Po drugie, nie mogli pracować z tym co się działo. Atmosfera musiała zostać oczyszczona i tego też nie chciał robić.

Spojrzał na nią. Wciąż patrzyła w swoje papiery, ale lewą ręką trzymała prawy nadgarstek i robiła to ostrożnie.

Kurwa.

Bolało ją i myślała, że jego uwaga była gdzie indziej. Nie robiła tego, kiedy leżał na kanapie, robiła to, kiedy był na zewnątrz. Ukrywała to przed nim. Nie chciała jego uwagi i nie chciała tego z dodatkowym przypomnieniem tego, jak zraniła się w nadgarstek.

Spojrzał z powrotem na okolicę. Powinien dać jej to tak rozegrać. Wiedział, że powinien.

Ale nie zamierzał.

Jeszcze raz się zaciągnął i przygotował się do wyrzucenia w większości niewypalonego papierosa w okolicę, kiedy zobaczył ruch.

Znieruchomiał, tylko na pół sekundy, po czym podniósł papierosa do ust i zaciągnął się jeszcze raz. Nadal palił, udając, że zamyślony skanuje widok, kiedy go zobaczył. Mężczyzna przeważnie ukryty za krzakiem na szczycie wzgórza, z aparatem robił zdjęcia.

Co do cholery?

Doskonałe położenie, wzgórze było wysokie; zaglądał prosto do mieszkania Rocky.

Jezu.

Layne dokończył papierosa, wrzucił niedopałek do ogrodu i podjął decyzję.

Odwrócił się, jego oczy powędrowały okien po obu stronach, gdy otwierał drzwi. Nie miała żadnych zasłon.

Dostanie zasłony.

Wszedł i podniosła głowę.

- Jeśli masz zamiar palić, mam popielniczki. Możesz jedną brać ze sobą.

Nie odpowiedział i ominął stolik do kawy.

Cofnęła głowę, gdy podszedł bliżej.

Ciągle mówiła - Mam meble ogrodowe zamówione u Violet w Garden Center. Będą dostarczone...

Przestała mówić, kiedy zgiął się wpół i położył ręce na jej bokach. Postawił ją, wyciągając jej nogi spod stolika do kawy.

– Layne. Co…?

– Jesteśmy obserwowani – wymamrotał tuż przed tym, jak jego głowa opadła i jego usta znalazły jej.

Jego ręce powędrowały do jej bioder i pocałował ją, długo, mocno i z zamkniętymi ustami, gdy trzymała się jego ramion. Potem ją odwrócił. Wsadził ją na kanapę, upadła, a on na nią.

– Layne – szepnęła, zaciskając palce na jego ramionach.

- Idź z tym, pączuszku, on ma aparat - wymamrotał Layne przy jej ustach, zignorował jej ciało sztywniejące pod jego, pochylił głowę i ponownie ją pocałował.

Jej usta smakowały jak wino, a on lubił ten smak. Im dłużej ją całował, nawet bez języka, tym bardziej stawały się miękkie, sztywność znikała z jej ciała i stapiało się z jego. Z tego powodu zrobił coś instynktownie i to było coś głupiego. Głupiego i niebezpiecznego.

Dotknął językiem jej ust.

Otworzyły się natychmiast.

Ciepło zalało jego krew i ta krew popłynęła do jego penisa.

Jego język wsunął się między jej usta i przedstawienie się skończyło. Ten pocałunek był prawdziwy. To było prawdziwe i było zajebiste. Smakowała dobrze i nie całowała w taki wygłodniały sposób, w jaki całowała, kiedy byli razem. Całowała jak w jego snach, dając, jej język tańczył z jego, nie pojedynkował się, jej ciało było rozluźnione pod jego, ich nogi się plątały. Odsunął się od jej ust, by posmakować jej szyi, gdy jedną ręką wsunął się pod jej koszulkę, a następnie w głąb po miękkiej skórze jej pleców, skórze, której chciał dotknąć, odkąd zobaczył ją zeszłej nocy. Jego druga ręka powędrowała do gumki we włosach, wyrwała ją, a potem schowała w jej gęstej, pieprzonej grzywie, a kiedy to zrobił, jej dłonie zrobiły prawie to samo.

Chciał znowu jej usta, więc wziął je, a kiedy to zrobił, wygięła plecy w łuk, przyciskając cycki do jego klatki piersiowej, miękkie biodra do jego twardych i jęknęła przy jego języku.

Warknął na jej język.

Potem wziął pocałunek dłużej, uczynił go głębszym, wilgotniejszym, mocniejszym, żądając od niej więcej, a ona to dała.

Poczuł, jak jej paznokcie ciągną po jego plecach i jęknął w jej usta, jego usta przesuwały się w dół jej szczęki, a jej głowa obróciła się tak, że jej usta były przy jego uchu.

– Boże – wydyszała – Zapomniałam, jak dobrze smakowałeś. Tytoń.

Na jej słowa, z ręką wciśniętą w jej włosy, przytrzymał jej głowę, by znów ją pocałować, drugą ręką przesuwając po jej klatce piersiowej i w górę, by objąć jej pierś, mocno pocierając kciukiem jej napięty sutek.

Jej ciało drgnęło, a potem wygięło się w łuk i jęknęła w jego usta.

Kurwa, ale była gorąca.

Zbyt gorąca.

To nie było cholernie dobrze.

Oderwał swoje usta od jej ust, przycisnął twarz do jej szyi i próbował uporządkować myśli. To było trudne z jej piersią w jego dłoni, jej ciałem pod jego i jej dłonią ciągnącą po jego plecach.

Przetoczył się na bok, częściowo stoczył z niej, jego ręka opuściła jej pierś, by przesunąć się do jej talii i powiedział przy jej szyi - Rocky.

Jej ręka poruszała się przez sekundę, a potem zamarła.

Dał jej minutę, dając to samo sobie, a ona wysunęła rękę z jego koszulki, by całkowicie ją zabrać, jej zabandażowana dłoń przesunęła się z jego włosów, by delikatnie spocząć na jego szyi. Odwróciła głowę.

Podniósł swoją - Nic ci nie jest?

Patrzyła na stolik do kawy, ale skinęła głową.

– Roc – zawołał, a ona odczekała kilka uderzeń serca, po czym wyprostowała głowę, by na niego spojrzeć.

Jej usta były zaróżowione i opuchnięte, policzki zarumienione, ale oczy miała puste. Leżał głównie na niej, ale ona się przed nim ukrywała.

Postanowił dać jej to tak rozegrać.

Następnie postarał się rozluźnić atmosferę.

- Jesteś świrem, pączuszku. Tylko ty mogłabyś pomyśleć, że papierosy dobrze smakują – zażartował.

– Paliłeś, kiedy byliśmy razem, Layne. Byłeś moim pierwszym, którego pocałowałam, moim pierwszym wszystkim. Jestem przyzwyczajona do myślenia, że smakują dobrze – odpowiedziała głosem dziwnym w trudny sposób.

Wziął ten strzał w brzuch, a gdy doszedł do siebie, wyślizgnęła się spod niego.

Uniósł się na przedramieniu i patrzył, jak chwyciła kieliszek i poszła do kuchni. Podeszła do otwartej butelki wina, która stała na blacie i wlała sobie więcej. Wypiła łyk, odwrócona do niego plecami, opuściła rękę i została tam, gdzie była.

Wziął głęboki oddech, zsunął się z kanapy i podszedł do niej.

Nie poruszyła się, więc dopasował swój przód do jej pleców i położył dłoń na blacie przed nią.

- Musisz założyć zasłony, pączuszku.

– Tak – zgodziła się cicho.

- Musisz też wysłać mi SMS-a z numerem do biura zarządu tego miejsca. Muszą wysłać kogoś, kto zainstaluje czujniki na twoich drzwiach i zmieni zamki. Masz tam słaby punkt.

Poczuł, jak jej ciało sztywnieje przed nim i przeniósł dłoń z blatu na jej biodro. Gdyby ktoś nadal obserwował, pomyślałby, że to rozmowa kochanków po sesji całowania.

– Rocky – zawołał.

- Wyślę ci numer.

Layne wciągnął powietrze i zacisnął palce na jej biodrze.

- Musimy porozmawiać o tym, co wydarzyło się na kanapie.

– Nie teraz – odparła natychmiast.

– Roc…

- Nie teraz, Layne, mam prace do oceny.

Przyłożył usta do jej ucha – Mamy mnóstwo gówna do omówienia, mała. To, co się wydarzyło przed chwilą, zeszły wieczór…

Przerwała mu – Nie rozmawiam o ostatnim wieczorze.

- Rozmawiasz. My rozmawiamy.

Odwróciła się twarzą do niego i odchyliła głowę do tyłu – Nie rozmawiam o ostatnim wieczorze, Layne.

Przysunął się do niej, wciskając ją plecami w blat. Wyjął jej wino z jej ręki i postawił na blacie. Następnie położył dłoń na jej szyi.

– Atmosfera musi zostać oczyszczona – stwierdził cicho.

– Nie, nie musi.

– Musi, Rocky.

Zmrużyła oczy.

- Nie. Nie. Musi! - syknęła.

Studiował ją, a potem ustąpił - Na razie odpuszczę to, ale tylko po to, byś wzięła tabletkę przeciwbólową.

- Nie potrzebuję tabletek przeciwbólowych.

- Widziałem, jak trzymasz się za nadgarstek, pączuszku.

– Wiem, kiedy potrzebuję tabletki przeciwbólowej, Layne. Nie musisz mi mówić.

- Mocno na nim wylądowałaś – przypomniał jej, a ona zaskoczyła go, nagle stając na palcach i prosto w jego twarz, kiedy jej twarz ściągnęła się z gniewu.

– Tak, Layne, pamiętam – warknęła.

– W takim razie weź cholerną tabletkę przeciwbólową – odpalił, a jej gniew zwiększył jego złość.

- Boże! - wybuchła - Zostawisz mnie samą?

– Nie – odpowiedział - Samotność zajęła ci cały dzień.

– Idź do diabła, Layne – syknęła.

Pochylił się w jej stronę - Ta postawa, którą serwujesz, pączuszku, to dowód, że potrzebujemy oczyścić pieprzoną atmosferę.

Jej ramiona wyprostowały się i odrzuciła włosy, wytrącając jego rękę, więc położył ją na blacie obok niej.

Potem powiedziała - Chcesz, żeby atmosfera była czysta, dobrze. Oto jest, a przynajmniej to, co mnie teraz niepokoi. Niepokoi mnie na tyle, by służyć mojej postawie – odgryzła się - Widzisz, ubiegły wieczór nie był dobry. Ty to wiesz. Ja to wiem. Nie musimy w to wnikać. Ale ty, nawet wiedząc, jak to było nie dobre, przyszedłeś tutaj i naskoczyłeś na mnie. To nie było miłe, jak zrobiłaś to, kiedy wiem, że ty wiesz, ale mogę to znieść, bo na to zasłużyłam. Potem, na tej kanapie, gówno upadło i udowodniłeś, że nie zmieniłeś się przez osiemnaście pieprzonych lat.

Poczuł skurcz mięśni szyi i zmusił się do szeptu, kiedy zapytał - Co do cholery?

– Wczoraj miałeś sobie długonogą brunetkę, kochanie - Jej głos był insynuacją zmieszaną z głębokim sarkazmem - I o ile wiem, czekała w twoim domu, a ty nadal brałeś to, co mogłeś dostać ode mnie na mojej kanapie.

– Nie żeby to była twoja cholerna sprawa, Raquel, ale Melody wyszła dziesięć minut po tobie.

- Naprawdę nie obchodzi mnie to. Masz rację. To nie moja sprawa.

– Właśnie rzuciłaś mi to w twarz, mała.

Wypuściła trochę powietrza, zanim powiedziała - To nie moja sprawa, ale powinieneś też wiedzieć, że nie wierzę w ani jedno słowo, które wychodzi z twoich ust.

- A dlaczego, do cholery, miałabyś mi nie wierzyć?

– Ponieważ, Layne – wydusiła - Jarrod zastąpił mnie tak cholernie szybko, a nie był to pierwszy raz, kiedy tego doświadczyłam, prawda? Gabrielle Weil nosiła twojego syna kilka tygodni po moim wyjściu z łóżka.

Natychmiast plecy Layne’a wyprostowały się i cofnął się o krok od niej.

Potem szepnął - Co?

– I nosiła twoją obrączkę w niecały rok.

Jego mięśnie szyi były nie tylko napięte, każdy mięsień w jego ciele stał się twardy.

– Jaja sobie robisz - Nadal szeptał, starając się nie krzyczeć.

– Nie – odpowiedziała natychmiast - Nie robię. Więc nie udawaj całego zranionego ego, że ja złamałam ci serce i zostawiłam cię, byś lizał swoje rany, bo oboje wiemy, że to nieprawda. Pokonałeś to dość szybko i ruszyłeś dalej. Grałeś wobec taty i Merry’ego, i wszystkich, jakby twój świat się rozpadł, ale tak nie było.

– Zostawiłaś mnie, Rocky, a po zrobieniu tego nie mogłaś mi mówić, gdzie mam wkładać penisa.

- Masz rację. Chodzi mi o to, że nie możesz rzucać mi w twarz tego, co się stało, kiedy nie rozumiesz, co się stało, a posuwasz się dalej i wyciągasz z tego coś lepszego.

Uniósł rękę, by zacisnąć palce na swoim karku, wpatrując się w nią intensywnie i pytając - Oszalałaś?

- Jasper był w mojej szkole od trzech lat, Layne, i codziennie przez semestr w mojej klasie. Byłam wśród dzieciaków przez długi czas. Poznam dobrego dzieciaka, kiedy go zobaczę i wiem, że masz z tego coś lepszego. Znając Trippa, wiem, że to tylko podkręcił.

Pieprzyć go, nie do końca się myliła.

Ona też nie miała racji.

Zanim zdążył odpowiedzieć, dokończyła.

- Zamierzam się wykąpać i możesz dokończyć mecz, ale powinieneś wiedzieć, nie zejdę tu ponownie, dopóki nie dowiem się, że cię nie ma. Przejdziemy przez to, bo musimy, ale nigdy więcej tego gówna - Wskazała na kanapę - Ktokolwiek tam był, prawdopodobnie został zatrudniony przez Jarroda. To, co mu zrobiliśmy zeszłej nocy, rozzłościło go, a nie jest miły, kiedy się denerwuje, i założę się, że jakieś pięć sekund po tym, jak zobaczył, jak weszliśmy wczoraj wieczorem, zdecydował się grać brudniej niż dotychczas. I, uwaga do góry, on gra brudno, nawet po umieszczeniu jej w moim łóżku, zanim nadszedł czas na zmianę pościeli. Ale w naszej obecnej sytuacji zrobię swoją część, a ty swoją, i wracamy do tego, co robiliśmy przez ostatnie dwa tygodnie. To działało. Ale ta - machnęła ręką między nimi - atmosfera jest tak czysta, jak może być. Nie lubisz tego, trudno. Po prostu będziesz musiał sobie z tym poradzić.

Potem ominęła go, wyszła z kuchni i trzymała głowę pochyloną do swoich nóg, kiedy weszła na schody i rzuciła ostatnie - Wtorek jest dla mnie dobry na pieczony makaron i Keirę. Będę u ciebie w domu o szóstej.

Potem stracił ją z oczu na szczycie schodów.

Layne trzymał rękę na szyi, zaciskając i rozluźniając, próbując uwolnić napięcie mięśni, gdy patrzył na szczyt schodów.

Jego wzrok padł na jej kieliszek i oparł się chęci rzucenia nim przez pokój.

Potem odwrócił się i wyszedł z jej mieszkania, trzaskając drzwiami.

 


 

2 komentarze:

  1. Dziękuję :) Jak zwykle zamiast wyjaśnić sobie co leży między nimi to laska idzie w zaparte :( CZekam na kolejny rozdział.

    OdpowiedzUsuń